piątek, 29 stycznia 2016

Maść z tłuszczu gęsiego z żywokostem

Uczę się ziół. To bardzo pożyteczna wiedza. Zaczęłam od rozróżniania zaledwie kilku używanych w kuchni, takich jak mięta, tymianek, bazylia, natomiast łąka stanowiła dla mnie wielką tajemnicę. Ale na naukę nigdy nie jest za późno. 

Dziś o żywokoście. Niepozorna roślina z fioletowymi kwiatkami, która rośnie właściwie wszędzie, a szczególnie na glebach wilgotnych. O tej porze roku nie rośnie nigdzie, ale można kupić suszony żywokost i tak właśnie zrobiłam. Korzeń żywokostu stosowany zewnętrznie działa przeciwbólowo i gojąco na rany, pomaga na odmrożenia, oparzenia, stłuczenia, skręcenia, naciągnięcia w mięśniach. Taka maść na pewno się przyda. Dodatkowym jej atutem jest tłuszcz gęsi, który działa rozgrzewająco i ułatwia wnikanie związków czynnych w skórę. Jeśli nie mamy tłuszczu gęsiego, z powodzeniem można zastosować inny tłuszcz, pamiętając jedynie, że nie wszystkie tłuszcze można mocno podgrzewać. 




Maść z tłuszczu gęsiego z żywokostem


100 g korzenia żywokostu (u mnie suszony)
200 g tłuszczu gęsiego
2 g maceratu alkoholowego garbnikowego*
proporcje na maść: 1:2 lub 1:3, tzn. jedna część żywokostu, 2 lub 3 części tłuszczu gęsiego

*Macerat alkoholowy garbnikowy przygotowuje się przez zalanie alkoholem kory dębu (jedna część kory dębu na dwie części alkoholu). Trzeba poczekać 7 dni i jest gotowy.

Tłuszcz gęsi razem z rozdrobnionym żywokostem podgrzać bardzo powoli na kuchence lub w kąpieli wodnej do 60 st. C. Utrzymać tę temperaturę przez pół godziny. Zostawić na noc pod przykryciem. Następnego dnia ponownie podgrzać do 60 st. C, utrzymać temperaturę przez pół godziny, odstawić na kilka godzin. Podgrzać po raz trzeci i ponownie utrzymać temperaturę 60 st. C przez pół godziny.

Przecedzić przez sitko, następnie przez gazę. Do przestudzonej maści wlać macerat alkoholowy garbnikowy, wymieszać, schłodzić. W lodówce można przechowywać do roku.







środa, 27 stycznia 2016

Brytyjski ser Lancashire

Mój Lancashire nie wyszedł taki jak w oryginale. To znaczy taki jak w oryginale powinien się prezentować, bo masowo produkuje się go w dużym uproszczeniu - tak jak i u mnie. Bowiem specyfiką tego sera jest łączenie skrzepów z kilku udojów - mają one wówczas różny stopień dojrzałości i kwasowości. Krótkodojrzewający Lancashire jest kremowy, łagodny i delikatny, z wiekiem natomiast nabiera wyrazistości i w rezultacie po dobrych kilku miesiącach jest twardy i kruchy, o ostrym i głębokim smaku i bardzo silnym zapachu. 

Nazwa sera pochodzi od hrabstwa Lancashire, gdzie pierwotnie był produkowany. Wytwarzano go na farmach, dopiero na początku XX wieku rozpoczęła się produkcja w mleczarniach. Obecnie można nabyć Lancashire masowo produkowany albo oryginalny, który stał się produktem o Chronionej Nazwie Pochodzenia.

Mój Lancashire na pewno nie może pretendować do tego oryginalnego. Jest inny, ale to oczywiście nie oznacza, że zły:-). Wykonany w dużym uproszczeniu - ze skrzepu z jednego udoju, ale otrzymujemy kawał dobrego, żółtego sera, który jest bardzo smaczny. 



Brytyjski ser Lancashire

z książki "200 Easy Homemade Cheese Recipes" D. Amrein-Boyes

14 l świeżego pełnotłustego mleka
2 l odtłuszczonego mleka (2%)
1/2 łyżeczki bakterii mezofilnych
1/2 łyżeczki podpuszczki naturalnej w płynie rozcieńczonej w 50 ml niechlorowanej wody
opcjonalnie: 
1/2 łyżeczki chlorku wapnia rozpuszczonego w 50 ml zimnej wody (zalecany przy mleku pasteryzowanym, ja zawsze pomijam chlorek wapnia)
3 łyżki soli

Mleko podgrzać do temperatury 31 st. C, dodać bakterie mezofilne, odczekać 5 minut, wymieszać. Odstawić na 45 minut, utrzymując temperaturę 31 st. C. 

Dodać chlorek wapnia (jeśli dodajemy), wymieszać. Dodać podpuszczkę i wymieszać. Zostawić na 50 minut w temperaturze 31 st. C. 

Po 50 minutach sprawdzić, czy skrzep jest już gotowy. W tym celu zagłębić w skrzepie ostry nóż pod kątem ok. 30 st., powinna wytworzyć się wyraźna równa przerwa. Jeśli skrzep nie trzyma kształtu, poczekać jeszcze kilka minut. 

Następnie pokroić skrzep w kosteczki o boku 0,9 cm (nie byłam aż tak skrupulatna), ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie. Najlepiej użyć harfy serowarskiej, ale nóż też jest ok. Zostawić na 5 minut.

Mieszać skrzep przez co najmniej 10 minut, aż oddzieli się dużo serwatki, ziarna staną się mocniejsze i swobodnie będą pływać w serwatce.

Zawartość garnka przelać na duży (bardzo duży) durszlak wyłożony chustą / tetrą. Po chwili skrzep przełożyć z powrotem do garnka. Ugnieść ręką, aby utworzył się zwarty kawałek. Przykryć, zostawić w cieple na 15 minut, odwrócić w garnku i jeszcze zostawić na 15 minut. Przekroić skrzep na pół i obie połówki ułożyć jedna na drugiej, ponownie zostawić na 15 minut - obie części skrzepu powinny połączyć się w jedną.

Skrzep wyłożyć na dużą deskę do krojenia i pokroić w kawałeczki wielkości ok. 2,5 cm na 1,5 cm. Przełożyć do miski, posypać solą, wymieszać ręką.

Następnie przełożyć do formy wyłożonej chustą serowarską / tetrą, przykryć i zostawić do odciekania na noc. Przyznam, że pominęłam ten etap, bałam się, że potem ser nie da się sprasować. Pewnie niesłuszne były moje obawy, ale trudno. 

Po tym czasie prasować przez godzinę pod ciężarem ok. 10 kg. Następnie odwrócić w chuście i prasować pod ciężarem 20-25 kg przez 6 godzin.

Ser zostawić do dojrzewania na minimum 4 tygodnie w temperaturze 12-16 st. C i wilgotności 85-90%. Przez pierwszy tydzień codziennie odwracać, potem wystarczy dwa razy w tygodniu. Jeśli pojawiłaby się pleśń, ścierać ją ściereczką zwilżoną octem.

Po tych wymaganych 4 tygodniach ser będzie bardzo łagodny, z czasem nabiera wyrazistości. Mój Lancashire dojrzewał równe 4 miesiące, więc nie był już taki młody i miał czas, aby nabrać wyrazistości i smaku.

wtorek, 26 stycznia 2016

Szkolny system oceniania - plastyka i muzyka

Pewnie tak było, jest i będzie. Ale niesprawiedliwość zawsze boli, szczególnie gdy dotyczy własnych dzieci. Staram się na spokojnie podchodzić do wielu spraw w szkole, choć niekoniecznie zgadzam się z nimi, ale jak można dostać z plastyki jedynkę, bo praca jest nie na temat??? Dziecko spędza całą sobotę na przygotowaniu swojej pracy plastycznej, wkłada w nią mnóstwo czasu i serca, angażuje się, po czym dowiaduje się, że jego praca nie ma sensu. Bo pani ma jakąś swoją określoną wizję plastyczną. Moje dziewczyny po takich paru doświadczeniach bardzo niechętnie zabierają się za prace plastyczne. A z pewnością nie są antytalentami. Nie mnie oceniać ich ewentualne zdolności plastyczne i wcale do tego nie pretenduję, ale system oceniania jest po prostu zły (delikatnie ujmując).

Odnośnie formalnej strony oceniania dotarłam do tekstu Rozporządzenia MEN z 10 czerwca 2015 (Dz.U. 2015, poz. 843) w sprawie szczegółowych warunków i sposobu oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy w szkołach publicznych. I tam m.in. jest napisane: "Przy ustalaniu oceny z wychowania fizycznego, zajęć technicznych, plastyki, muzyki i zajęć artystycznych należy przede wszystkim brać pod uwagę wysiłek wkładany przez ucznia w wywiązywanie się z obowiązków wynikających ze specyfiki tych zajęć". (§ 11). 

No właśnie, jak oceniać ów "wysiłek wkładany przez ucznia w wywiązywanie się z obowiązków wynikających ze specyfiki tych zajęć"? Czy wykonana praca może być oceniona na jedynkę?

Dziewczyny nie chcą, abym interweniowała, bo "będą mieć przerąbane". To prawda, szczególnie że za dwiema starszymi w szpony pani plastyczki trafią jeszcze dwie młodsze...

O szkolnej muzyce można by napisać cały poemat. Nieopodal naszej szkoły mieści się szkoła muzyczna. Skutkuje to tym, że mniej więcej połowa każdej klasy uczy się również w szkole muzycznej. Moje dziewczyny należą do tej "gorszej" połowy, czyli do szkoły muzycznej nie chodzą, a więc już z założenia mają obniżoną ocenę (tzn. brzmi to odwrotnie: nie mają podwyższonej, ale wychodzi na jedno). Za śpiew poprawny - nauczony tekst piosenki, z zachowaniem melodii i rytmu - dziecko może dostać nawet trójkę, zapewne dlatego że nie uczęszcza do klasy wokalu w szkole muzycznej...:-). A przecież muzyka podpada pod paragraf zacytowany wyżej przeze mnie... Kiedy dzieci miały śpiewać operowo (!), większość chłopców dostała dwóje i tróje. No cóż, widocznie nienajlepsi z nich śpiewacy operowi:-). Z czasów swojej podstawówki pamiętam dręczenie chłopców podczas mutacji koniecznością śpiewania. Dokładanie do tego wymogu pewnej maniery (dla dzieci kompletnie niepotrzebnej) jest kolejnym stopniem szkolnych tortur muzycznych. A dzień z muzyką w planie lekcji to dzień święty - nie wolno wtedy zorganizować żadnej szkolnej wycieczki czy jakiegokolwiek innego wyjścia klasowego. Takie uroki życia szkolnego...

piątek, 22 stycznia 2016

Holenderski ser Leerdammer

Leerdammer to ser holenderski, podobny do ementalera. Jak to sery tego typu, ma lekko orzechowy smak i duże dziury (u mnie nie wychodzą takie piękne i wielkie). Na początku produkowany był w miejscowości Schoonrewoerd w Holandii - gmina Leerdam. Obecnie produkowany jest przemysłowo przez Koncern BEL. U mnie - leerdamer domowy i jaki dobry!





Holenderski ser Leerdamer

z książki "200 Easy Homemade Cheese Recipes" D. Amrein-Boyes

16 l świeżego pełnotłustego mleka (powinno być 14 l pełnotłustego i 2 litry częściowo odtłuszczonego - 1%)
1/2 łyżeczki bakterii termofilnych
1/4 łyżeczki bakterii propionic shermanii
3/4 łyżeczki podpuszczki naturalnej w płynie rozcieńczonej w 50 ml niechlorowanej wody
opcjonalnie: 
3/4 łyżeczki chlorku wapnia rozpuszczonego w 50 ml zimnej wody (zalecany przy mleku pasteryzowanym, ja zawsze pomijam chlorek wapnia)

Mleko podgrzać do temperatury 31 st. C, dodać bakterie termofilne i propionic shermanii, odczekać 5 minut, wymieszać. Odstawić na 30 minut, utrzymując temperaturę 31 st. C. 

Dodać chlorek wapnia (jeśli dodajemy), wymieszać. Dodać podpuszczkę i wymieszać. Zostawić na 40 minut w temperaturze 31 st. C. 

Po 40 minutach sprawdzić, czy skrzep jest już gotowy. W tym celu zagłębić w skrzepie ostry nóż pod kątem ok. 30 st., powinna wytworzyć się wyraźna równa przerwa. Jeśli skrzep nie trzyma kształtu, poczekać jeszcze kilka minut. 

Następnie pokroić skrzep w malutkie kawałeczki wielkości grochu, ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie. Najlepiej użyć harfy serowarskiej, ale nóż też jest ok. Zostawić na 5 minut. Mieszać powoli przez 20 minut. Zostawić na kilka minut, aby ziarna serowe osiadły na dnie.

Odlać 1/4 serwatki - to będzie mniej-więcej do poziomu ziaren - i uzupełnić taką samą ilością wody o tej samej temperaturze (31 st. C).

Powoli podgrzać do temperatury 39 st. C, bardzo często mieszając. Podgrzewanie powinno zająć ok. 30 minut. Po podgrzaniu skrzepu do temperatury 39 st. C, mieszać przez 30 minut, aby ziarna nie sklejały się.

Odlać 3 szklanki serwatki (750 ml) i uzupełnić tym razem zimną wodą w takiej ilości, aby temperatura skrzepu spadła do 36 st. C. Zostawić w spokoju na 10 minut.

Przełożyć do formy wyłożonej chustą serowarską / tetrą i prasować przez 15 minut pod ciężarem ok. 10 kg. Następnie odwrócić w chuście i prasować pod ciężarem 15 kg przez 4 godziny.

Przygotować solankę - roztwór soli ma być nasycony, czyli 1 kg soli na 4 litry gorącej wody. Wodę oczywiście ostudzić przed włożeniem sera. Ser włożyć do solanki, zostawić na 20 godzin, w tym czasie raz odwrócić w solance (po ok. 10 godzinach).

Ser wyjąć z solanki i zostawić w temperaturze pokojowej na 2 dni do obsuszenia. W tym czasie odwracać go, aby skórka równomiernie się wysuszała.

Zostawić do dojrzewania na 2 tygodnie w temperaturze 4 st. C. Codziennie odwracać. Po 2 tygodniach zwiększyć temperaturę do 18 st. C i odwracać najlepiej codziennie albo ewentualnie co drugi dzień. I tak co najmniej jeszcze 4 tygodnie, ale oczywiście lepiej dłużej. Mój leerdammer czekał dwa i pół miesiąca. Był dość młodym serem, o delikatnym orzechowym posmaku. Smakował szczególnie dzieciom, choć i dorośli wcale się przed nim nie bronili:-).




środa, 20 stycznia 2016

Faworki z piekarnika na kolorowo

Faworkami pieczonymi zafascynowałam się już jakiś czas temu i odtąd pieczemy je dość często, szczególnie w karnawale. Dziewczyny nie chcą smażonych i już. Bo nie lubią tłustego. Ja też nie lubię, ale przyznam, że od czasu do czasu zjadłabym i takiego smażonego, nie będę jednak szła pod prąd, bowiem w sumie cieszę się, że dziewczyny mają dobre nawyki:-). Te pieczone są przepyszne, ale trochę (a nawet więcej niż trochę) inne niż smażone. Najbardziej smakują nam jeszcze na ciepło, ale dobre są i następnego dnia, gdyż zachowują kruchość. Ważne, aby bardzo cienko rozwałkować ciasto, prawie na przezroczysto, wówczas faworki będą delikatne i kruche. Jeśli rozwałkujemy trochę grubiej, będą twardsze, choć też smaczne.

Ostatnio modyfikuję przepis na różne sposoby, aby nie było nudno. Na dziś mam przygotowane faworki pieczone zielone z herbatą matcha i brązowe z kakao. W tych z herbatą wyraźnie pojawia się w smaku nutka herbaciana, a w kakaowych nutka czekoladowa.



Pieczone faworki - zielone i brązowe

340 g mąki - u mnie orkiszowa typ 700
1 płaska łyżeczka suchych drożdży
3/4 szklanki mleka
80 g roztopionego masła - u mnie olej kokosowy, który zresztą doskonale spisuje się we wszystkich drożdżowych wypiekach
4 żółtka
2 łyżeczki cukru - u mnie trzcinowy
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
dodatkowo: 1 czubata łyżka herbaty matcha lub 1 czubata łyżka kakao 

cukier puder do posypania - u mnie zmielony cukier trzcinowy, a kakaowe faworki posypywałam cukrem pudrem zmieszanym z kakao (to dość wytrawna wersja)

Z podanych składników wyrobić ciasto, aż stanie się gładkie i sprężyste, zostawić na godzinę lub trochę więcej do wyrośnięcia - tak, aby podwoiło swoją objętość (albo można włożyć je na noc do lodówki). 

Rozwałkować bardzo cienko - ciasto bardzo ładnie współpracuje i daje się rozwałkować na milimetrowe placki. Pokroić w paski i formować faworki (w środku każdego paska zrobić nacięcie, przez które przeciągnąć jeden koniec paska).

Faworki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec kilka minut, w zależności od piekarnika. Trzeba bardzo uważnie je piec, gdyż bardzo szybko się rumienią. U mnie piekły się po 10 minut każda blacha, bez termoobiegu, w temperaturze 180 st. C, ale najlepiej samemu czuwać, bo jednak każdy piekarnik ma swoją specyfikę.

Zielone faworki (naprawdę są zielone, tylko tak marnie widać to na zdjęciach):





Brązowe faworki:




A ponieważ faworki robiłam z podwójnej porcji czyli z 680 g mąki, to w którymś momencie miałam ich po prostu dość i z reszty ciasta upiekłam bardzo smaczne bułeczki. Posmarowałam je roztopionym masłem i posypałam cukrem wymieszanym z cynamonem. Po upieczeniu posypałam jeszcze trochę cukrem pudrem (bo jednak ciasto było niesłodkie):

 
 I faworki, i bułki zniknęły w okamgnieniu. Fajnie mieć w domu tylu testerów:-).

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Chleb z burakiem. Styczniowa Piekarnia

W Nowy Rok wchodzimy w Piekarni Amber z chlebem niezwykłym, nie jest to chleb, jaki widuje się na co dzień. Chleb z burakiem. Z buraczanymi cętkami. Domownicy od razu zapowiedzieli, że takich wynalazków to oni jeść nie będą. Mimo to upiekłam. I... zjedli ze smakiem. A to dlatego, jak mi dziewczyny wytłumaczyły, że chleb smakował chlebem, a nie burakiem. Nie żeby miały coś przeciw burakom, po prostu nie lubią "takich dziwnych" połączeń. W każdym razie misja wprowadzenia buraka do chleba zakończyła się sukcesem i mam zielone światło na powtórki i oczywiście dalsze tego rodzaju eksperymenty:-).


Chleb z burakiem

z książki Emmanuela Hadjiandreou "How to Make Bread", technika zagniatania ciasta na filmie:
 klik


jeden duży bochenek

370 g mąki orkiszowej jasnej (lub jak w oryginale zwykłej pszennej)
8 g soli
160 g startych buraków
220 g aktywnego zakwasu żytniego
200 g ciepłej wody
15 g oliwy

W misce wymieszać mąkę i sól. Odstawić. W drugiej misce wymieszać zakwas, oliwę i wodę. Do mokrej mieszanki składników dodać suchą i wymieszać razem do połączenia. Dodać starte buraki i wymieszać. Odstawić na 10 minut.

Następnie stosować następującą technikę zagniatania: zagniatać przez 10 sekund i zostawiać na 10 minut. Powtórzyć ten proces 4 razy. Przykryć miskę z ciastem i zostawić na 1 godzinę w ciepłym miejscu. Koszyk do wyrastania wyłożyć ściereczką i wysypać mąką. Przełożyć uformowany bochenek do koszyka i zostawić do wyrośnięcia aż podwoi objętość. Może to trwać od 2 do 6 godzin - u mnie 3 w ciepłym miejscu.

Kiedy chleb jest dobrze wyrośnięty, nagrzać piekarnik do 220 st. C, a pod kratkę, na której będzie się piekł, wstawić naczynie z wodą. Ciasto wyłożyć na gorącą blachę i wstawić do piekarnika. Dolać więcej wody, aby utworzyło się więcej pary i obniżyć temperaturę do 200 st. C. Piec chleb przez 30 – 40 minut, aż postukany w dno wydaje głuchy dźwięk. Studzić na kratce.


Chleb z burakiem pojawił się na wielu blogach:

Akacjowy blog
Codziennik kuchenny
Dom z mozaikami
Dzieje kuchennej Wiewióry
Gotuj zdrowo! Guten Appetit!
Kuchennymi drzwiami
Kuchnia Gucia
Leśny Zakątek
Nie tylko na słodko
nie-Ład mAlutki
Ogrody Babilonu
Prawo do gotowania z pasją
Smakowity cleb
Stare gary
W poszukiwaniu SlowLife
http://doowa.blogspot.com/2016/01/chleb-z-burakiem.html#more

środa, 13 stycznia 2016

Czekoladowy ser żółty

Jeden czekoladowy ser już pokazywałam na blogu (ser czekolada z chilli), był też ser z czekoladową skórką, ale ponieważ czekolada i ser bardzo się lubią, przynajmniej moim skromnym zdaniem i moich domowników również, to zrobiłam jeszcze jedną wersję, według własnego pomysłu. I powstał ser wyjątkowo wyjątkowy:-). Naprawdę. 

W środku sera umieściłam gorzkie kakao, a na wierzchu słodki miód wymieszany z kakao i oliwą. Taka skórka nie tylko smakuje, lecz również zapobiega wysychaniu sera, co u mnie ma duże znaczenie, gdyż trudno utrzymać mi dużą wilgotność w mojej chłodziarce. Trzeba jedynie uważać, aby nie wysmarować sera zbyt grubą warstwą, ponieważ wtedy bardzo długo się lepi i nie chce obsychać. Nie można też sypać do środka zbyt grubej warstwy kakao, gdyż wówczas ser będzie się rozwarstwiać - u mnie właśnie w jednym miejscu tak się zrobiło. Więc kakao z umiarem, można najwyżej stworzyć więcej cienkich warstw kakaowych.




Czekoladowy ser żółty 

18 l świeżego mleka
1/2 łyżeczki bakterii mezofilnych
40 kropli podpuszczki naturalnej w płynie rozcieńczonej w 50 ml niechlorowanej wody
ok. 2 łyżki kakao

miodowo-kakaowa skórka (dopiero za trzy tygodnie):
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki kakao
3-4 łyżeczki oliwy

Mleko podgrzać do temperatury 33 st. C, dodać bakterie mezofilne, odczekać 5 minut, wymieszać. Odstawić na 30 minut, utrzymując temperaturę 33 st. C. 

Dodać podpuszczkę i wymieszać. Zostawić na 45 minut w temperaturze 33 st. C. 

Po 45 minutach sprawdzić, czy skrzep jest już gotowy. W tym celu zagłębić w skrzepie ostry nóż pod kątem ok. 30 st., powinna wytworzyć się wyraźna równa przerwa. Jeśli skrzep nie trzyma kształtu, poczekać jeszcze kilka minut. 

Następnie pokroić skrzep w malutkie kawałeczki wielkości ziarna ryżu, ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie. Najlepiej użyć harfy serowarskiej, ale nóż też jest ok. Zostawić na 5 minut.

Powoli podgrzewać do temperatury 38 st. C, bardzo często mieszając. Ziarna serowe będą się stopniowo zmniejszać.

Podgrzany skrzep zostawić w spokoju na 10-15 minut.

Przełożyć do formy wyłożonej chustą serowarską / tetrą. W czasie przekładania posypywać wastwami kakao. 

Ser prasować najpierw przez 30 minut pod ciężarem ok. 10 kg. Następnie odwrócić w chuście i prasować pod ciężarem 20 kg przez 12 godzin.

Przygotować solankę - roztwór soli ma być nasycony, czyli 1 kg soli na 4 litry gorącej wody. Wodę oczywiście ostudzić przed włożeniem sera. Ser włożyć do solanki, zostawić na 12 godzin, w tym czasie raz odwrócić w solance (po ok. 6 godzinach).

Ser wyjąć z solanki i zostawić w temperaturze pokojowej na 1 dzień do obsuszenia. W tym czasie odwrócić go raz albo dwa, aby skórka równomiernie się wysuszała.

Zostawić do dojrzewania w temperaturze 13-14 st. C i dużej wilgotności. Codziennie odwracać. Po tygodniu można zacząć rzadziej odwracać - co 2-3 dni.

Po 3 tygodniach przygotować mieszaninę miodu, kakao i oliwy. Wystarczy porządnie wymieszać składniki do połączenia. Wysmarować ser z każdej strony, pamiętając, żeby nie nałożyć zbyt grubej warstwy. Tylko tyle, żeby przykryć dokładnie skórkę. 

I zostawić do dalszego dojrzewania. Odwracać co kilka dni. Mój ser czekoladowy dojrzewał 3 miesiące i tydzień. Był wyjątkowo wyjątkowy:-).




piątek, 8 stycznia 2016

Domowy krem do twarzy i ciała z przywrotnikiem

Ponieważ marna ze mnie zielarka, przywrotnika dotąd nie znałam, co ze skruchą przyznaję. Ale odtąd będę go na pewno często stosować, gdyż przywrotnik to ziele o wielu zastosowaniach zdrowotnych, m.in. przyspiesza leczenie ran, poprawia pracę mięśni, reguluje przemianę materii i hamuje rozwój bakterii w przewodzie pokarmowym, łagodzi ból gardła i likwiduje stany zapalne jamy ustnej. Ma jeszcze wiele innych zalet, ja skupiłam się jednak tutaj na jego działaniu na skórę. Bowiem ujędrnia ją i uelastycznia, zmniejsza przebarwienia, blizny i rozstępy, jest dobry dla każdego rodzaju skóry (źródło).

Można pić go w postaci herbatki, wówczas 1 czubatą łyżeczkę zalać szklanką wrzątku, zaparzyć kilkanaście minut pod przykryciem, przecedzić i pić codziennie, a nawet 2-3 razy dziennie.

Można też sporządzić bardzo przyjemny krem i stosować go do twarzy oraz do całego ciała. Użyłam do niego naparu z przywrotnika, zrobiłam trochę mocniejszy niż na herbatkę: 1 czubata łyżeczka na 100 ml wody.

Do przygotowania całej receptury posiłkowałam się książką Klaudyny Hebdy "Ziołowy Zakątek. Kosmetyki, które zrobisz w domu", gdyż tam podane są proporcje faz wodnych i olejowych, a ja sama póki co nie podejmuję się eksperymentować na tym poletku:-). Sporo można dodać od siebie, zamieniając oleje, napary i dodatki i takie eksperymentowanie jak najbardziej polecam, ale z proporcjami lepiej uważać.

Jako emulgatora użyłam samoemulgującej bazy z oleju z pestek moreli. Rozpuszcza się ją, dodając do fazy wodnej (korzystałam z instrukcji zamieszczonej tutaj). Trzeba zwrócić uwagę, w czym rozpuszcza się dany emulgator, ponieważ np. wosk emulgujący dodajemy do fazy olejowej. Baza samoemulgująca nie wymaga użycia miksera / trzepaczki, wystarczy wymieszać składniki. A emulgator jest potrzebny do kremu, do którego dodajemy wodę. Łączy wówczas obie fazy: olejową i wodną, a powstały krem jest gładki i nie rozwarstwia się. Emulgator jest odpowiedzialny za konsystencję.

Większość robionych przeze mnie kremów składa się wyłącznie z tłuszczów i takie lubię najbardziej, bo nie dość, że prosto się je robi, to jeszcze mają o wiele dłuższą trwałość. Kremy z wodą zaś muszą być przechowywane w lodówce, a i tak i trwałość nie jest długa (chyba że dodamy konserwant). Za to kremy z wodą są delikatniejsze i lżejsze. Taki jest mój krem z przywrotnikiem.



Domowy krem do twarzy i ciała z przywrotnikiem

30 g oleju migdałowego
6 g samoemulgującej bazy z oleju z pestek moreli
70 g naparu z przywrotnika (użyłam jednej czubatej łyżeczki suszonego ziela na 100 ml wody)
10 kropli witaminy E
5 kropli naturalnego olejku lawendowego (lub innego)

Podgrzać napar z przywrotnika do temperatury ok. 70-75 st. C. Dodać bazę samoemulgującą, wymieszać do połączenia. Powoli wlewać olej, cały czas mieszając, ale powoli, aż do połączenia składników. Zostawić do wystudzenia.

Gdy mieszanina będzie letnia (ok. 40 st. C), dodać witaminę E i olejek eteryczny. Wymieszać. Schłodzić.

Przechowywać w lodówce do 2 tygodni (z konserwantem kilka miesięcy). Ja najdłużej przechowywałam taki krem dwa i pół tygodnia i było wszystko w porządku, ale oczywiście lepiej zużyć go wcześniej. Dlatego najlepiej nie robić dużych ilość na jeden raz albo mieć więcej użytkowników kremu:-).

Krem nie jest gęsty, dobrze się nakłada i jest bardzo delikatny. dobrze natłuszcza i nawilża skórę. Dzięki dodanemu olejkowi pięknie pachnie lawendą.




środa, 6 stycznia 2016

Grecki ser Kefalotiri

Ser Kefalotiri to bardzo dobry grecki ser twardy, którego receptura pochodzi sprzed kilku tysięcy lat. W początkowej fazie dojrzewania dość łagodny, z czasem staje się coraz bardziej pikantny. Mój kefalotiri miał trzy i pół miesiąca i był dość wyrazisty w smaku. Jeszcze bardziej dojrzały kefalotiri staje się bardzo twardy i ściera się go wtedy na tarce jak parmezan. Warzony jest z różnego mleka, najczęściej jest to mieszanka mleka owczego i koziego albo krowiego i owczego, albo krowiego i koziego. Można też zrobić go z samego mleka krowiego i taki kefalotiri powstał u mnie. W zależności od użytego mleka i również podobno pory roku kolor sera będzie się różnił: od żółtego do niemal białego. Krowi - taki jak u mnie - będzie zdecydowanie żółty.





Grecki ser Kefalotiri

z książki "200 Easy Homemade Cheese Recipes" D. Amrein-Boyes

16 l świeżego mleka
1/2 łyżeczki bakterii termofilnych
3/4 łyżeczki podpuszczki naturalnej w płynie rozcieńczonej w 50 ml niechlorowanej wody
opcjonalnie: 
3/4 łyżeczki chlorku wapnia rozpuszczonego w 50 ml zimnej wody (zalecany przy mleku pasteryzowanym, ja zawsze pomijam chlorek wapnia)

Mleko podgrzać do temperatury 33 st. C, dodać bakterie termofilne, odczekać 5 minut, wymieszać. Odstawić na 40 minut, utrzymując temperaturę 33 st. C. 

Dodać chlorek wapnia (jeśli dodajemy), wymieszać. Dodać podpuszczkę i wymieszać. Zostawić na 45 minut w temperaturze 33 st. C. 

Po 45 minutach sprawdzić, czy skrzep jest już gotowy. W tym celu zagłębić w skrzepie ostry nóż pod kątem ok. 30 st., powinna wytworzyć się wyraźna równa przerwa. Jeśli skrzep nie trzyma kształtu, poczekać jeszcze kilka minut. 

Następnie pokroić skrzep w malutkie kawałeczki wielkości ziarna ryżu, ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie. Najlepiej użyć harfy serowarskiej, ale nóż też jest ok. Zostawić na 5 minut.

Powoli podgrzać do temperatury 45 st. C, bardzo często mieszając. Ziarna serowe będą się stopniowo zmniejszać. Podgrzewanie powinno zająć ok. 40 minut.

Podgrzany skrzep zostawić w spokoju na 15 minut.

Przełożyć do formy wyłożonej chustą serowarską / tetrą i prasować przez 30 minut pod ciężarem ok. 10 kg. Następnie odwrócić w chuście i prasować pod ciężarem 15 kg przez 12 godzin.

Przygotować solankę - roztwór soli ma być nasycony, czyli 1 kg soli na 4 litry gorącej wody. Wodę oczywiście ostudzić przed włożeniem sera. Ser włożyć do solanki, zostawić na 12 godzin, w tym czasie raz odwrócić w solance (po ok. 6 godzinach).

Ser wyjąć z solanki i zostawić w temperaturze pokojowej na 2-3 dni do obsuszenia. W tym czasie odwracać go, aby skórka równomiernie się wysuszała.

Zostawić do dojrzewania na 6 tygodni w temperaturze 12 st. C i wilgotności 90%. Codziennie odwracać. Po 6 tygodniach zmniejszyć temperaturę do 9 st. C i odwracać już tylko co kilka dni. Kefalotiri może dojrzewać bardzo długo, z czasem coraz bardziej twardnieje.





poniedziałek, 4 stycznia 2016

Kozi serek bez podpuszczki jak Queso Blanco

Serki z mocno podgrzewanego mleka robię zwykle z mleka krowiego, pokazywałam tu już panir, queso blanco i chennę. Na podstawie przepisu na queso blanco zrobiłam kozi serek. Wyszedł bardzo smaczny, można go również dowolnie modyfikować, dodając przyprawy.




Kozi serek bez podpuszczki jak Queso Blanco

4 l świeżego koziego mleka
1/4 szklanki octu winnego (lub soku cytrynowego)

Mleko podgrzać do temperatury 90-93 st. C. Powoli, mieszając, wlewać ocet winny, aż skrzep zacznie się oddzielać od serwatki. Być może wystarczy mniej niż ćwierć szklanki octu, a może trochę więcej, trzeba obserwować mleko.

Powstały skrzep wylać na durszlak wyłożony tetrą (lub muślinem) i na tym etapie można posypać solą, co ułatwia odsączanie skrzepu.

Zawinąć rogi tetry (muślinu) i zawiązać końce. Powstałe zawiniątko zawiesić do odcieknięcia na kilka godzin. Od tego, ile czasu odcieka ser, zależy jego późniejsza konsystencja, a więc jeśli zostawimy go na dłużej, będzie bardziej zwarty i suchy, natomiast jeśli odcieka krócej - miękki. 

Mój odciekał niecałą godzinę, dzięki czemu uzyskałam konsystencję twarożku. Wcześniej, tzn. jeszcze na durszlaku, wymieszałam go ze sproszkowanymi suszonymi pomidorami (domowymi).

Przechowywać w lodówce pod przykryciem do 2 tygodni.