piątek, 31 lipca 2015

Włoski ser bocconcini

Bocconcini to ser, który nie może nie smakować:-). Takie jest moje subiektywne zdanie. Są to małe kawałeczki mozzarelli, przechowywane albo w serwatce, albo w solance, albo w oliwie z ziołami. I zamarzyły mi się właśnie takie kulki serowe z ziołami... Kulek co prawda zrobiłam niewiele, gdyż szło mi to dość żmudnie, więc całą resztę porozciągałam w długie wałeczki i pokroiłam jak kopytka:-). Nie było to może bardzo artystyczne rozwiązanie, ale za to bardzo praktyczne.



Włoski ser bocconcini

na podstawie książki Mary Karlin "Artisan Cheese Making at Home"

10 l świeżego mleka
2 łyżeczki naturalnej podpuszczki w płynie rozcieńczonej w 50 ml chłodnej niechlorowanej wody
szczypta bakterii starterowych termofilnych
kilka pasków wskaźnikowych do oznaczania poziomu pH

Mleko przelać do garnka i podgrzewać, cały czas mieszając, aby w całym garnku temperatura rosła równomiernie do 35 st. C. Wyłączyć palnik, dodać kulturę starterową, wymieszać. Dodać podpuszczkę, wymieszać. Zostawić na godzinę w cieple w stałej temperaturze 35 st. C.

Po godzinie, gdy zrobi się skrzep, pokroić go długim nożem do dna garnka w kratki o boku mniej więcej 1 cm, a potem jeszcze raz w kratki, ustawiając nóż skośnie, żeby powstały małe kawałki skrzepu, a nie słupki (można użyć harfy serowarskiej). Zostawić na godzinę, aby skrzep oddzielił się od serwatki (pH 6,5).

Po godzinie lekko podgrzać skrzep do temperatury 38 st. C. Na wierzchu powinna wyraźnie oddzielić się serwatka, którą można zlać. Zostawić na 2 godziny w stałej temperaturze, odlewając nadmiar serwatki (pH 5,2-5,3).

Wyłożyć skrzep na durszlak wyłożony gazą. Gdy odcieknie, pokroić na małe kawałeczki, przełożyć z powrotem na durszlak i razem z durszlakiem zanurzyć w gorącej wodzie o temperaturze ok. 80 st. C. Wartość pH w gorącej wodzie powinna wynosić 5,2-5,3. I teraz drewnianymi łyżkami ugniatać go, aby nabrał plastyczności. Jednocześnie rozciągać we wszystkie strony i zakładać rozciągnięte paski na całość. Tak przygotowany ser łatwo daje się formować.

Gdy ser już jest bardzo plastyczny, uformować małe kuleczki (takie na jeden kęs) rękami zanurzanymi co chwilę w zimnej wodzie - ser jest dość gorący (dla wrażliwych nawet bardzo gorący). Jeśli ser nie poddaje się formowaniu, poczekać jeszcze albo sprawdzić temperaturę wody, powinna mieć 80 st. C. Jeśli tak jak ja mamy po jakimś czasie dość formowania kulek, można rozciągnąć ser w długą linę - taki wałeczek i pokroić jak kopytka, też będzie smacznie, choć ser straci już wówczas swój charakter i ciężko go będzie nazwać bocconcini:-). Jak go zwał, tak go zwał, ale i tak pyszny jest.

Następnie przygotować solankę serwatkową: 1 kg soli na 4 litry serwatki, temperatura 12 st. C. Zanurzyć kuleczki bocconcini na 2 godziny lub stosownie do gustu dłużej bądź krócej. Wyjąć, zostawić do obsuszenia na 30 minut do godziny, a następnie schłodzić w lodówce. 

I teraz mamy do wyboru: można serek od razu zjeść, albo przechowywać w solance (ale wtedy słabszej), albo w serwatce, albo - i to rozwiązanie szczególnie polecam - zalać oliwą z dowolnymi ziołami. U mnie powstały kuleczki z czosnkiem, natką pietruszki i koperkiem. Wystarczy ułożyć kawałeczki sera w słoiczkach, posypać ziołami, zalać oliwą i gotowe.







czwartek, 30 lipca 2015

Lody herbaciane (z herbatą matcha)

Zieloną herbatę wszyscy bardzo lubimy. A zieloną herbatę w wersji lodowej - jeszcze bardziej:-). Często robimy przeróżne lody na bazie mleka kokosowego, które bezproblemowo sprawdza się w tej roli. W ubiegłym roku pokazywałam nasze lody czekoladowe, a tym razem herbaciane - z dodatkiem zielonej herbaty matcha, która nie tylko doskonale smakuje, ale i nadaje koloru lodom.


Lody herbaciane (z herbatą matcha)


1 l mleka kokosowego
4 łyżki cukru 
2 płaskie łyżki zielonej herbaty matcha*

*Można ilość herbaty zwiększyć, jeśli lody mają mieć mocniejszy smak. Nasze smakują "delikatnie herbacianie".

Mleko kokosowe podgrzać, dodać cukier i proszek herbaciany, wymieszać. Podgrzewać do rozpuszczenia herbaty i cukru, nie ma potrzeby podgrzewania dłużej. Wystudzić, następnie schłodzić w lodówce.

Dalej postępować zgodnie z instrukcją maszyny do lodów, a jeśli maszyny nie mamy, też wyjdą tak samo doskonałe lody. Wystarczy włożyć w to trochę więcej pracy: po schłodzeniu w lodówce zmiksować, włożyć do zamrażalnika i co ok. pół godziny wyjmować i miksować przez chwilę. Powtarzać aż do zamrożenia, czyli 2-3 godziny.

Kolor w rzeczywistości jest bardziej zielony niż na moich szaroburych zdjęciach.

środa, 29 lipca 2015

Ser Stilton w wersji niepleśniowej (White Stilton)

Białego Stiltona miałam nie prezentować, bo... został zjedzony zanim zdążyłam mu zrobić sensowne zdjęcie. Ale ponieważ ser był bardzo ciekawy, a nie chciałam czekać, zanim zrobię ewentualnie kolejny, publikacji doczekał się ser w wersji... na grzankach:-). Postaram się przynajmniej opisać go wyczerpująco.

Stilton, tak jak napisałam już we wpisie o niebieskim Stiltonie,  był wytwarzany w Anglii już w latach 30-tych XVIII wieku, początkowo tylko we wsi Stilton. Obecnie wytwarzany jest w różnych wariacjach - tu prezentuję tę białą, natomiast ponoć wersja biała Stiltona doskonała jest  z suszonymi / kandyzowanymi owocami (żurawina, imbir, ananas, skórka pomarańczowa). Wówczas należy je zagotować i dodać do skrzepu bezpośrednio przed przełożeniem do formy. Myślę, że to może być wówczas bardzo ciekawy ser, choć z owocami nie próbowałam go zrobić. Dziś proponuję klasyczny White Stilton, czyli biały Stilton bez pleśni. Sam przepis bardzo podobny jest do tego na niebieski Stilton, jedynie nie dodajemy bakterii niebieskiej pleśni penicillium roquefortii.





Ser Stilton w wersji niepleśniowej (White Stilton)

z książki D. Amrein-Boyes "200 Easy Homemade Cheese Recipes"

15 l tłustego mleka
1 l śmietanki 30-36%
1/2 łyżeczki bakterii starterowych mezofilnych
1/2 łyżeczki chlorku wapnia rozpuszczonego w 50 ml chłodnej niechlorowanej wody - jak zawsze pominęłam
1/2 łyżeczki naturalnej podpuszczki w płynie rozcieńczonej w 50 ml chłodnej niechlorowanej wody
4 łyżki (60 ml) soli

Powoli podgrzać mleko z dodatkiem śmietanki do temperatury 30 st. C. Dodać bakterie starterowe mezofilne, chwilę poczekać, przemieszać. Zostawić na godzinę.

Po godzinie dodać chlorek wapnia, jeśli oczywiście dodajemy. Można pominąć tak jak ja. Przemieszać.

Dodać podpuszczkę, przemieszać, przykryć, zostawić na półtorej godziny.

W garnku umieścić durszlak wyłożony gazą / tetrą. Bardzo delikatnie dużą łyżką cedzakową przekładać cienkie warstwy skrzepu na durszlak. Przykryć, zostawić na półtorej godziny do odciekania tak, aby wyciekająca serwatka zbierała się wokół durszlaka - tzn. chodzi o to, aby skrzep był otoczony przez zbierającą się serwatkę. W czasie odciekania delikatnie odwrócić skrzep łyżką cedzakową, oczywiście nie będzie on tworzył jeszcze jednolitej bryły.

Związać rogi tkaniny, w której znajduje się skrzep i zawiesić do dalszego odciekania na 30-40 minut.

Zawiniątko ze skrzepem położyć na desce (uwaga: będzie jeszcze kapać serwatka), przykryć drugą deską, nie niej ułożyć obciążenie o wadze 4-5 kg i zostawić w temperaturze pokojowej na całą noc.

Wyjąć skrzep z zawiniątka, rozdrobnić na kawałeczki, posypać solą, wymieszać. Przełożyć do formy i zostawić do dalszego odciekania w formie na 5 dni. W ciągu pierwszego dnia odwracać co 2-3 godziny, potem raz dziennie. 

Po 5 dniach ser powinien utrzymywać swój kształt, ale jeśli dalej będzie zbyt miękki i rozpadający się, zostawić go jeszcze na 1 dzień do odciekania w formie.

Gotowy ser zostawić do dojrzewania w temperaturze 12 st. C i wilgotności 85%. Przez pierwszy tydzień codziennie odwracać i przecierać solanką. Potem można odwracać już tylko 2 razy w tygodniu. Pielęgnować solanką. Ser dojrzewa ok. 4 miesiące, u mnie niewiele ponad 2.

Ser wyszedł dość delikatny w konsystencji, ale w smaku raczej wyrazisty. Smaczny, szczególnie na grzankach:-). Dla mnie o wiele lepszy niż wersja pleśniowa, jako że niebieskich serów po prostu nie lubię, ale to moje subiektywne zdanie. Tak jak napisałam we wstępie, polecam również do wypróbowania wersję z owocami, podobno to słodko-słone połączenie bardzo dobrze się tu sprawdza.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Syrop z zielonych szyszek sosny

Syrop z pędów sosny już wcześniej zrobiłam (i nawet już trochę zużyliśmy), z szyszek zrobiłam dopiero przed wakacjami. Szyszek co prawda miałam bardzo mało - zaledwie na jeden słoik, mimo iż schodziłam cały okoliczny las na wsi. Sosny wyrosły dorodne, pędów wypuściły mnóstwo, ale szyszki okazały się w tym roku produktem bardzo rzadkim, tylko te stare ubiegłoroczne chrzęściły pod stopami.

Syrop wyszedł pachnący i całkiem smaczny, przynajmniej dla moich dziewczyn, bo ja żadnych syropów nie lubię. Pachnący lasem, słodki. Ale najważniejsze, że zdrowy - doskonały na kaszel i przeziębienie, można go też podawać profilaktycznie. 

Teraz jest już trochę późno na zbieranie szyszek, szyszki powinny być miękkie i dawać się łatwo kroić i takie najłatwiej puszczają sok. Niemniej jednak są i tacy, którzy zbierają szyszki przez całe lato i jeśli są za twarde, to ich po prostu nie kroją, lecz układają w słoju w całości i tak zasypują cukrem.


Syrop z zielonych szyszek sosny

młode zielone szyszki sosny
cukier

Szyszki umyć, pokroić w plasterki. Układać warstwami w słoju, każdą warstwę posypać cukrem. Można w proporcji 1:1, ale ja dodaję trochę mniej cukru, dbając przy tym, aby szyszki były nim dokładnie przykryte.

Słoik zakręcić i zostawić w temperaturze pokojowej na ok. 4 tygodnie, aby szyszki puściły sok. Po tym czasie cukier powinien już się całkowicie rozpuścić w soku i syrop jest gotowy. Wystarczy wówczas przecedzić go przez sito. Szyszki wyrzucić. Syrop przechowywać w lodówce.  

piątek, 24 lipca 2015

Moje sery pleśniowe - camembert z calvadosem

To jest ser niesamowicie oryginalny i jak dla mnie, jeden ze smaczniejszych. Uwielbiam sery z białą pleśnią, a tutaj dodatkowo mamy jeszcze delikatny jabłkowy aromat. Alkoholu się nie wyczuwa, ale oczywiście tego serka dzieciom nie dałam, gdyż dość długo musiał jednak leżakować w calvadosie. To znaczy mój ser nie moczył się w calvadosie, bo jednak jak dla mnie jest to zbyt szlachetny i kosztowny trunek - Calvados to brandy jabłkowa (destylat winny) produkowana w Normandii.

Według przepisu na ten ser można użyć "innej brandy jabłkowej", a idąc dalej tym tropem, użyłam po prostu polskiej wódki jabłkowej. W ten sposób odeszłam sporo od oryginalnych zaleceń, ale tak też wyszło rewelacyjnie.

Zapraszam na niezwykły ser:




Camembert z calvadosem

na podstawie książki D. Amrein-Boyes "200 Easy Homemade Cheese Recipes"

8 l świeżego mleka
1/4 łyżeczki bakterii starterowych mezofilnych - ja użyłam bakterii mezofilno-termofilnych o nazwie MST (skład: Lactococcus lactis subsp. lactis, Lactococcus lactis subsp. cremoris, Streptococcus salivarius subsp. thermophilus), zalecanych do serów pleśniowych
1/8 łyżeczki penicillium candidum (kultura starterowa pleśni) 
1/4 łyżeczki naturalnej podpuszczki w płynie rozcieńczonej w 50 ml zimnej niechlorowanej wody
2 łyżki soli
2 szklanki (500 ml) calvadosu lub innej brandy jabłkowej
1/4 łyżeczki chlorku wapnia rozpuszczonego w 50 ml zimnej niechlorowanej wody- nigdy nie dodaję do serów chlorku wapnia

Mleko podgrzać powoli do temperatury 29 st. C. Dodać bakterie starterowe, wymieszać. Dodać kultury starterowe pleśni, wymieszać. Jeśli ktoś dodaje chlorek wapnia, to dodać go teraz i wymieszać. Dodać podpuszczkę rozcieńczoną w 50 ml wody, wymieszać. Zostawić na 90 minut, utrzymując temperaturę 29 st. C. 

Po 90 minutach pokroić skrzep w kostki o boku 2,5 cm (ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie). Zostawić na 5 minut. Następnie delikatnie mieszać przez 10 minut. Odlać serwatkę do poziomu skrzepu.

Przygotować formy. Ja przygotowałam formy jak do każdego sera, gdyż nie mam specjalnej formy do camemberta, ale ciężko jest ser obracać, przynajmniej w początkowej fazie, gdyż trzeba go za każdym razem wyjmować z formy, obracać i wkładać z powrotem, a ser jest naprawdę bardzo delikatny.

Jeśli ktoś ma specjalną formę do camemberta -  a jest to forma bez dna, wówczas na desce ułożyć matę, a na niej formę serową. Skrzep delikatnie przełożyć do formy, całkowicie ją wypełniając. Formę nakryć matą i obciążyć deską. Tak samo postąpić przy kolejnych formach. Pozostawić do odsączenia na 2 godziny, następnie odwrócić ser (podnieść formę wraz z deskami i odwrócić) i ponownie zostawić na 2 godziny. Odwrócić i zostawić pod przykryciem na całą noc w temperaturze pokojowej. Rano znów odwrócić i jeszcze zostawić na ok. 2 godziny. W sumie odciekanie powinno trwać ok. 24 godziny.

Wyjąć ser z form i oprószyć solą ze wszystkich stron. Zostawić na 10-15 minut, aby sól się rozpuściła.

Ułożyć na matach i umieścić w dojrzewalni w temperaturze 10-13 st. C i wilgotności 90% na 3 tygodnie. Codziennie odwracać. Najlepiej czymś przykryć, aby ser nie wysychał. Ja na serkach położyłam mokrą pieluchę tetrową i codziennie ją zmieniałam na nową. Tetra za każdym razem w momencie zmiany była prawie sucha. I tak przez kilka dni. Potem tetrę kładłam już tylko obok serów i to wystarczyło. Po ok. 3 tygodniach ser camembert jest gotowy.  

Teraz następuje etap z calvadosem: Ser zanurzyć w alkoholu i zostawić na 24 godziny, przy czym po 12 godzinach odwrócić. Po wyjęciu z alkoholu i obsuszeniu ser nadaje się już do jedzenia. Autorka przepisu poleca obtoczenie go w bułce tartej i ozdobienie połówką orzecha włoskiego, ale ja już nic nie dodawałam, ser sam w sobie jest idealny. 

Degustacja camemberta miała miejsce jeszcze przed naszym wakacyjnym wyjazdem i jeden serek został niezjedzony, więc zostawiłam go na talerzyku w lodówce, tak zupełnie zwyczajnie, licząc, że doczeka naszego powrotu. Doczekał i sprawił nam przemiłą niespodziankę, bowiem ponownie pokrył się gęsto białym meszkiem, który przedtem trochę spłukał się przez moczenie w alkoholu. A smak zyskał dodatkowe nuty. Ten ostatni camembert był najlepszy:-). Na zdjęciach jest serek sprzed wyjazdu i wyraźnie widać, że nie jest cały pokryty białym meszkiem.




wtorek, 21 lipca 2015

Austriacki strudel jabłkowy - Apfelstrudel


Tak jak wspomniałam już wcześniej, dziś chciałabym zaprezentować przysmak austriacki, w którym miałam okazję rozsmakować się w czasie pobytu w Austrii. Strudel jest bardzo delikatny, pełen jabłek, nie za słodki i śmiało może konkurować z naszą szarlotką (ale i tak nie ma to jak szarlotka:-)). Dziewczyny zjadały go niemal w hurtowych ilościach, więc każda ilość znikała błyskawicznie. Ciasto na strudel wydaje się trudne na pierwszy rzut oka, ale w rezultacie trudne nie jest, szczególnie gdy zamiast rozciągać je (która to czynność wymaga sporo zręczności) użyjemy po prostu wałka. Wariantów przepisów jest oczywiście dużo, ja podaję ten, który robiła Małgosia i odtąd robię ja:-).



Austriacki strudel jabłkowy - Apfelstrudel


Ciasto:

250 g mąki pszennej (u mnie orkiszowa typ 700)
1 jajko
2 łyżki oleju
szczypta soli
ok. 100 g letniej wody

Nadzienie:

1 kg jabłek - po wykrojeniu środków, obranych, pokrojonych w plasterki
sok z 1 cytryny
100 g bułki tartej (domowej!)
50 g masła
1 łyżka cynamonu (może być nieco mniej)
ok. 100 g cukru (w zależności od kwaśności jabłek i własnych upodobań smakowych)
100 g płatków migdałowych
chlust rumu 
(jeszcze powinny być rodzynki, ale moje dziewczyny nie lubią...)

Pokrojone jabłka skropić sokiem z cytryny. 
Na patelni rozpuścić masło, dodać bułkę tartą, płatki migdałowe, wszystko delikatnie zezłocić. Dodać cynamon, cukier, chlust rumu, jeszcze chwilę podprażyć.
Wymieszać z jabłkami.


Wszystkie składniki ciasta połączyć, zagnieść i wyrabiać, aż przestanie się kleić zarówno do ręki, jak i blatu/miski. Wbrew pozorom jest to możliwe, ciasto stopniowo staje się miękkie, plastyczne, łatwo daje się formować i naprawdę się nie klei. Wodę najlepiej dolewać stopniowo, czasami potrzeba jej trochę mniej, a czasami trochę więcej. Wyrobione ciasto uformować w kulę, zostawić pod przykryciem na pół godziny albo nawet trochę dłużej.

Następnie ciasto rozciągać w rękach, aż stanie się tak cienkie, że niemal przezroczyste. Ja nie podjęłam się tej czynności i po prostu je wałkowałam. Podzieliłam je na 2 części i każdą rozwałkowałam na duży prostokąt.  Nie sprawiało żadnych trudności. 

Ciasto ułożyć na papierze do pieczenia. Wyłożyć na nie nadzienie. Końcówki strudla zawinąć do środka (aby nadzienie nie wychodziło). Delikatnie zwijać, pomagając sobie papierem do pieczenia i lekko dociskając, aby strudel był zwarty. Gotowy strudel razem z papierem do pieczenia przełożyć na blachę. Posmarować rozbełtanym jajkiem. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st. C i piec 30-40 minut. Strudel powinien ładnie się zrumienić, ale nie mocno. 

Można podawać od razu na gorąco. Podobno doskonały z bitą śmietaną, ale my jedliśmy tak po prostu i taki bardzo nam smakował.   






niedziela, 19 lipca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej...

... Tak oceniły nasze dziewczyny po powrocie z dwutygodniowej podróży w Tatry i do Austrii. Podróżowanie z rodzicami wciąż jest dla nich najbardziej atrakcyjne i w ogóle najwspanialsze (pisałam o tym już tu).

Tatry odkrywaliśmy po raz pierwszy całą rodziną. Zdobyliśmy tyle szczytów, ile tylko się dało. Początkowo martwiliśmy się, czy najmłodsza niespełna 6-letnia Czwarta da radę, ale mimo początkowego marudzenia ("ile jeszcze???") spisała się na medal. Przeszliśmy dziesiątki kilometrów szlaków tatrzańskich, zdobyliśmy kilka szczytów, a ukorowaniem naszych wędrówek była wspinaczka na Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.). Na górze było zaledwie 2 stopnie ciepła, zmarzliśmy strasznie, ale widoki przepiękne! A ileż satysfakcji i frajdy dla nas wszystkich. Chyba będziemy musieli powtarzać takie wypady...

To widok z Sarniej Skały:


Nad Morskim Okiem:

To krajobraz w drodze na Kasprowy Wierch:

Pobliskie łąki:



Widoki na Tatry z polany Mietłówka (tuż za Gubałówką):





W Austrii spędziliśmy czas spokojnie i rodzinnie. Trochę zwiedziliśmy, trochę leniuchowaliśmy. Było upalnie. Na zacienionym tarasie popijaliśmy doskonałą kawę i jedliśmy wspaniały strudel jabłkowy... I to właśnie o nim opowiem następnym razem.



A po powrocie zastaliśmy kompletnie zarośnięty ogródek. Nie sądziłam, że w ciągu 2 tygodni ogródek może aż tak zarosnąć! Przede wszystkim wszędzie panoszą się kwiaty. Warzywa prawie wszystkie padły w czasie suchych dni, jedynie zostały małe buraczki, z których może botwinkę chociaż uda mi się zrobić. Tam, gdzie kiedyś wykiełkowała marchewka, rozrosły się straszne chwasty, a po marchewce ani śladu. Jedynie udało nam się wyśledzić jedną mizerną główkę sałaty...





Ale kwiaty za to są piękne i muszę przyznać, że lubię taki zarośnięty ogródek, kojarzy mi się z Tajemniczym Ogrodem...






Borówki nieco podeschły, ale zbiór będzie:



wtorek, 7 lipca 2015

Bułki na zakwasie z pieczonym czosnkiem w Lipcowej Piekarni

Bułki na zakwasie z pieczonym czosnkiem są po prostu pyszne. Upieczone we wspólnej Lipcowej Piekarni Amber z przepisu Marcina, który zaadaptował recepturę J. Hamelmana z chleba na bułki. A bułki upiekła i zaproponowała do wspólnej piekarni Renata.

Ja w przepisie trochę pozmieniałam: upiekłam bułki na zaczynie żytnim razowym, dodając potem do ciasta zamiast mąki pszennej mąkę orkiszową. Drożdże pominęłam. Zawsze pomijam drożdże, gdy używam zakwasu, wychodzę z założenia, że mocny zakwas musi sobie poradzić. Przepis poniżej podaję z moimi zmianami. Ze zmianami czy bez - bułki będę piec częściej, uwielbiamy bułki na zakwasie, a jeszcze ten aromat czosnku...


Bułki na zakwasie z pieczonym czosnkiem

Zaczyn:

20 g zakwasu żytniego razowego
90 g mąki żytniej razowej
55 g letniej wody
Do odświeżonego 12 godzin wcześniej zakwasu dodać wodę, wymieszać, dosypać przesianą makę, dokładnie wymieszać. Odstawić pod przykryciem na 12 godzin w temperaturze 21 st. C.

Ciasto (9 bułek):

140 g zaczynu
315 g mąki orkiszowej jasnej
45 g mąki orkiszowej razowej
240 g letniej wody
25 g oliwy
10 g soli
20 g pieczonego czosnku*
7 g słodu pszenicznego (u mnie jęczmienny)
Drożdże pominęłam (w przepisie jest 8 g świeżych drożdży)

*Czosnek w łupinkach (czubki ząbków ściąć), zawinięty w folię aluminiową, upiec w piekarniku, temperatura: ok. 180 st. C, czas: ok. 30-40 minut. Po upieczeniu zdjąć łupinki, ząbki czosnku lekko zgnieść.

W wodzie rozpuścić sól. Do miski wsypać makę orkiszową jasną i razową oraz słód, a następnie dokładnie wymieszać. Dodać wszystkie pozostałe składniki i wymieszać je do dokładnego połączenia. Wyrabiać ciasto około 10 minut.

Uformować z ciasta kulę. Włożyć ją do natłuszczonej miski. Odstawić do przefermentowania pod przykryciem na 2 godziny w temperaturze ok. 25 st. C. W połowie tego czasu, czyli po godzinie, wyjąć ciasto z miski, rozciągnąć i złożyć, następnie umieścić z powrotem w misce, w której dalej będzie wyrastać.

Po zakończeniu pierwszego wyrastania wyłożyć ciasto na blat roboczy. Podzielić na 9 równych części (po około 90 g). Zostawić pod przykryciem na ok. 10 minut. Z każdej części uformować okrągłą bułkę, którą umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia lub oprószonej mąką, zachowując stosowne odstępy, gdyż bułki będą jeszcze wyrastały. Ponadto urosną w trakcie pieczenia.

Odstawić bułki do końcowego wyrastania w temperaturze ok. 25 st. C (np. w zamkniętym piekarniku z włączonym światełkiem) na około 1 – 1,5 godziny (do podwojenia się objętości bułek).

Nagrzać piekarnik do 250 st. C. Przed włączeniem piekarnika wstawić do niego pojemnik żaroodporny z wodą. Po nagrzaniu się piekarnika wyjąć pojemnik z wodą, zmniejszyć temperaturę do 235 st. C i wstawić blachę z bułkami. Piec w tej temperaturze 15 – 20 minut. Upieczone bułki wystudzić na kratce.

Smacznego!



Bułki w Lipcowej Piekarni upiekli:

piątek, 3 lipca 2015

Drożdżówki z makiem w Wypiekaniu na Śniadanie

Nie mogła mnie ominąć przyjemność upieczenia takich smacznych bułek. Akurat będą idealne na długą drogę dla szóstki głodnych ludzi, wyjeżdżających na wakacje:-). Tak więc Wypiekanie na Śniadanie i propozycja Pawła i Madzi spadły mi jak z nieba. I upiekłam. Wielkie przesmaczne bułki, które rosły niesamowicie i wyszły słodkie, puszyste, aromatyczne. Oczywiście z domową masą makową. Nie idźcie na skróty, domowa masa makowa naprawdę nie jest trudna do zrobienia, szczególnie gdy kupimy już zmielony mak. Ja mam tak "doskonałą" maszynkę do mielenia maku, że kiedyś zmielenie pół kilo maku zajęło mi 3 godziny. Odtąd nie mielę maku, używam zmielonego. Do tego trochę przypraw, bakalie, miód i mamy masę, którą można zajadać nawet samą. Ja zawsze przygotowuję trochę więcej niż mam w przepisie, uwzględniając "próbowaczy", czyli tych, którzy spróbują "tylko troszeczkę, żeby sprawdzić, czy już jest dobra". Tym razem nie ja jednak przygotowywałam masę makową, lecz Pierwsza, natomiast Czwarta smarowała wyrośnięte bułki roztrzepanym jajkiem. Ciasto wyrabiało się samo w maszynie do chleba i wychodzi na to, że ja nie miałam co robić:-)


Drożdżówki z makiem


MASA MAKOWA:
250 g suchego maku
60 g miodu
100 g bakalii
25 g orzechów włoskich (u nas zwiększyłam ilość orzechów włoskich, gdyż dziewczyny nie lubią bakalii niestety)
4 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczy (użyłam suszonej zmielonej)
50 g płatków migdałów
1 łyżeczka pasty waniliowej lub wanilii w proszku

Mak zalać wrzątkiem i gotować przez 20 minut. Po tym czasie odsączyć z wody i wystudzić. Mak zmielić lub, tak jak ja, użyć od razu zmielonego. Dodać pokrojone drobno bakalie, posiekane orzechy, płatki migdałowe, kandyzowaną skórkę (lub zmieloną suszoną i wanilię.

Masę można przechowywać kilka dni w lodówce. Można też zamrozić.

DROŻDŻÓWKI:
masa makowa z przepisu powyżej
20 g świeżych drożdży
60 g cukru
125 g mleka
340 g mąki pszennej - u mnie orkiszowa jasna typ 700
2 jajka (żółtka do ciasta, a białka do masy makowej)
60 g masła
szczypta soli

Przygotować zaczyn: do pojemnika pokruszyć drożdże, dodać łyżkę cukru, 3 łyżki letniego mleka, oprószyć porządnie mąką i zostawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na pół godziny.

Następnie w misce połączyć przesianą mąkę, cukier, sól, żółtka, roztopione i ostudzone masło. Dodać też letnie mleko i zaczyn i wyrobić ciasto. Po wyrobieniu odstawić je do wyrośnięcia, aż podwoi objętość.

W czasie wyrastania ubić pianę z dwóch białek i połączyć ją z masą makową.

Ciasto rozwałkować w prostokąt, wyłożyć równo masę makową złożyć jak list, zakładając dłuższe boki do środka. Powstały długi wąski prostokąt pokroić na podłużne bułki i odstawić do wyrośnięcia na około pół godziny. Po wyrośnięciu posmarować bułki jajkiem roztrzepanym z łyżką mleka. Piec 20 minut w 180 st. C. Po wystygnięciu można polać lukrem, ale my lukru nie używamy, więc zostawiłam je bez niczego.






W tym Wypiekaniu udział wzięli:
Joanna z Różowa Kuchnia
Elżbieta z W poszukiwaniu SlowLife
Bożena z Moje domowe kucharzenie
Madzia i Paweł z Chleby.info 



Strona Wypiekania na śniadanie: KLIK
Strona tego wydarzenia: KLIK

Drożdżówki wypiekali: