czwartek, 26 czerwca 2014

Wakacje

Niedługie, ale najważniejsze, że całorodzinne.  My rodzice byliśmy bardzo zdziwieni, kiedy nasze dziewczyny zakomunikowały nam, że najbardziej to one chcą z nami jeździć. Owszem, lubią wyjazdy kolonijne, ale te z nami są najlepsze:-) I dobrze, niech jeżdżą z nami jak najdłużej, bo fajnie jest tak razem w szóstkę podróżować:-).

Jedziemy na ok. 2 tygodnie, ale raczej bez dostępu do internetu, może sporadycznie. W każdym razie nie pojawią się nowe wpisy przez ten czas. 

Do zobaczenia!


środa, 25 czerwca 2014

Chleb z orzechami włoskimi i żurawiną

Z przepisu Jeffreya Hamelmana. Nazwany "jesienny", ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby piec go latem czy o każdej innej porze roku. Bardzo lubię przepisy Hamelmana, są takie dokładne, a przez to łatwe do odtworzenia. I wszystko w przepisie ma swoje znaczenie, tworzy kompozycję smaków i aromatów. Moje chleby powstają często z przypadku, czyli z tego, co mam pod ręką, u mistrza natomiast przepisy są dopracowane niemal do każdej drobinki mąki. Ale i tak musiałam dokonać jednej zmiany - wyeliminowałam rodzynki, przez co, mam nadzieję, nie zaburzyłam harmonii smaku. Moje dziewczyny nie lubią rodzynek, więc musiałam to zrobić, ale za to dodałam odpowiednio więcej żurawiny. I, jak to zwykle robię, pominęłam dodatek drożdży. I, również jak zwykle, mąkę pszenną chlebową zastąpiłam mąką orkiszową typ 700.

I taki chleb nam bardzo smakował.

Jedynie następnym razem zmienię proporcje mąki białej i razowej na korzyść razowej, bo razowce są u nas bardziej na porządku dziennym niż jasne chleby.

Chleb z orzechami włoskimi i żurawiną

Zaczyn:

30 g płynnego dojrzałego zakwasu
140 g mąki orkiszowej typ 2000 (w przepisie mąka chlebowa)
170 g wody

Składniki wymieszać, zostawić na 12 godzin, aby zaczyn dojrzał.

Gotowe ciasto:

180 g zaczynu
540 g mąki orkiszowej typ 700 (w przepisie mąka chlebowa)
240 g mąki orkiszowej typ 2000 (w przepisie mąka pszenna razowa)
640 g wody (dałam trochę mniej, u mnie ciasto byłoby za ścisłe po dodaniu przepisowej ilości)
20 g soli
200 g wyłuskanych orzechów włoskich
140 g suszonej żurawiny (w przepisie 70 g żurawiny plus 70 g rodzynek)
dodatek drożdży (5 g suchych) pominęłam)

Wszystkie składniki z wyjątkiem orzechów i żurawiny wymieszać i wyrabiać robotem przez kilka minut, aby rozwinęła się siatka glutenowa.

Następnie dodać orzechy i żurawinę, wymieszać. Zostawić do wstępnej fermentacji w cieple (temperatura ok. 24 st. C) na ok. 2 godziny, w międzyczasie po godzinie rozciągać i składać ciasto. 

Uformować 2 bochenki i włożyć do koszyków do wyrastania wysypanych mąką albo włożyć do foremek wysmarowanych olejem i wysypanych otrębami. Zostawić w cieple do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny (u mnie bochenki wyrastały trochę ponad 2 godziny).

Piec 35-40 minut w opadającej temperaturze: najpierw 15 minut w 240 st. C, potem 20-25 minut w 215 st. C.




wtorek, 24 czerwca 2014

Krakersy jęczmienne nie tylko do piwa

Kiedyś nie lubiłam krakersów, ale odkąd produkuję je sama, uwielbiam. Przede wszystkim dodaję tylko to, co chcę w nich mieć. Te są przepyszne, z niezawodnego przepisu Wisły, ze zdrowej mąki jęczmiennej, idealne jako przekąska mundialowa i jako przekąska dla dzieci. Pyszne i uwaga: uzależniają:-).

Krakersy jęczmienne

1 i 1/2 szklanki mąki jęczmiennej razowej
1/2 szklanki zmielonego słonecznika
1/3 łyżeczki soli
3 łyżki wody
3 łyżki oleju rzepakowego
1/2 łyżeczki zmielonego kminku

ziarna słonecznika do posypania po wierzchu

Wszystkie składniki wymieszać łyżką do połączenia. Uformować kulę z ciasta i rozwałkować ją na papierze do pieczenia na grubość 2-3 mm. Ciasto bardzo ładnie się wałkuje i nie klei, można ewentualnie w czasie wałkowania lekko posypać po wierzchu mąką. Posypać ziarnami słonecznika i wgnieść je w ciasto, aby się potem trzymały - najwygodniej wałkiem. Pociąć na prostokątne ciasteczka albo duże prostokąty - wtedy otrzymamy doskonały chlebek chrupki na kanapki:-). 

Piec ok. 15 minut w temperaturze 180 st. C na złoty kolor. Gdy przestygną, połamać wzdłuż nacięć. Pyszne, niesamowicie chrupiące! A jak pachnie w całym domu w czasie pieczenia!

Można eksperymentować z dodatkami, moim dziewczynom najbardziej pasuje właśnie słonecznik, ale piekłam też wersję z tymiankiem, wersję z makiem, a także z sezamem. Wszystkie doskonałe. 




poniedziałek, 23 czerwca 2014

Aschenkäse, cendré... czyli ser podpuszczkowy w popiele drzewnym

W krajach niemieckojęzycznych nazywany Aschenkäse, we Francji - cendré, a po polsku - ser w popiele drzewnym. Popiół drzewny nie dość że wpływa na smak sera, to dodatkowo sole mineralne zawarte w popiele zmieniają korzystnie zachodzące w nim procesy mikrobiologiczne. Wystarczy obtoczyć gotowy ser w popiele i zostawić do dojrzewania. Nie umiem sobie w praktyce wyobrazić działania popiołu na ser, ale jakoś to działa, skoro wyszedł ser o naprawdę niespotykanym smaku i aromacie. Dzieci z rezerwą podchodziły do mojego eksperymentu, za to potem wcinały niemal na wyścigi. P-R-Z-E-P-Y-S-Z-N-Y!


Aschenkäse, cendré... czyli ser podpuszczkowy w popiele drzewnym


na podstawie książki Lotte Hanreich i Edith Zeltner "Sery, masło, jogurt, kefir" z moimi modyfikacjami

10 l świeżego mleka 
0,1 g podpuszczki mikrobiologicznej w proszku*
0,2 g kultury starterowej - bakterie mezofilne
popiół drzewny**

*Dużo osób używa podpuszczki naturalnej w płynie, wówczas należy dodać 1,5-2 ml na 10 l mleka.
**Popiół musi pochodzić wyłącznie ze spalania drewna!

Do mleka w temperaturze ok. 20 st. C dodać bakterie starterowe mezofilne, wymieszać. Zostawić na 30 minut. Mleko podgrzać do temperatury 32 st. C. Dodać podpuszczkę rozpuszczoną w 50 ml wody, wymieszać. Zostawić na godzinę w stałej temperaturze 32 st. C. 

Po godzinie pokroić skrzep w kostki o boku 1-1,5 cm (ustawiając nóż najpierw pionowo, a potem skośnie). Zostawić na ok. pół godziny.

Przelać skrzep do formy serowarskiej wyłożonej chustą / tetrą. Zostawić do odcieknięcia na ok. 2 godziny. 

Prasować pod ciśnieniem ok. 1 kg (ma być małe obciążenie) przez kilka godzin - mój ser siedział przyciśnięty przez 8 i pół godziny, ale można dużo krócej, jeśli chcemy uzyskać miękki i wilgotny ser. Mój był porządnie odciśnięty, zdecydowanie twardszy, bardziej suchy.

Przygotować solankę, roztwór soli ma być nasycony, czyli 1 kg soli na 4 litry wrzącej wody. Wodę oczywiście ostudzić przed włożeniem sera. Ser wyjąć z formy i chusty i włożyć do solanki, zostawić tak w lodówce na 12 godzin (uwaga: z tej ilości wychodzi nieduży ser, a więc po 12 godzinach jest dość słony - porównywalnie do oscypka).

Po wyjęciu z solanki osuszyć ser papierowym ręcznikiem i najlepiej jeszcze zostawić na kilka godzin na desce w lodówce, żeby się porządnie dosuszył.

Obtoczyć grubo w popiele drzewnym i zostawić do dojrzewania na 1-2 tygodnie. W międzyczasie ser odwracać.

Gdy uznamy, że nastała już jego pora, otrzepać dokładnie z popiołu, pokroić i... delektować się:-).

Prawdziwa uczta! 



niedziela, 22 czerwca 2014

Festiwal Czas Dobrego Sera w Sandomierzu

To był dobry czas dobrego sera:-). To nic, że Sandomierz leży 200 km od nas. Kiedy 2 dni wcześniej rzuciłam hasło: jedziemy?, usłyszałam: jedziemy! Postanowiliśmy zrobić sobie taką wyprawę do malowniczego Sandomierza nad Wisłą. Festiwal Czas Dobrego Sera przyciągnął na sandomierski rynek najlepsze polskie sery zagrodowe. Można było degustować do woli, aż w końcu pogubiłam się w smakach i nie umiałam ocenić, który z serów smakował mi najbardziej. Na festiwalu pojawiły się nie tylko sery, próbowaliśmy też regionalnych chlebów, sosów, konfitur, oliwek marokańskich, wina, piwa, miodów pitnych, a nawet ekologicznych wódek o wdzięcznych nazwach: aroniowica, borówkowica, gruszkowica, jabłkowica, porzeczkowica, kur"wica:-) i wiele innych. Miałam tego dnia etat kierowcy rodzinnego, więc niektóre degustacje mnie ominęły. Gospodarze stoisk to przeważnie lokalni wytwórcy, dbający o jakość i smak swoich produktów, niejednokrotnie prawdziwi mistrzowie w sztuce. Dobrze, że promowane są takie produkty - bez konserwantów i innych przemysłowych dodatków, naturalne, zdrowe i pyszne. Wytwarzane nie na skalę przemysłową, a w rodzinnych gospodarstwach, gdzie tworzone są z sercem, wielką starannością i pasją.

A wracając do serów, to ich różnorodność była niesamowita i bardzo inspirująca - już mam w głowie kilka pomysłów na kolejne sery:-). Były kozie, owcze i krowie. Były też włoskie prezentowane przez Włochów, sery z niebieską pleśnią, góralskie oscypki, sery bardzo dojrzałe i bardzo młode - nawet można było posmakować takiego samego sera o różnym stopniu dojrzałości i wychwycić różnice. A ponieważ sery doskonale komponują się z winem, pojawiły się też ciekawe propozycje połączeń różnych polskich serów z polskimi winami.

Wyjazd niesamowity, nie tylko dla pasjonatów serowarstwa, ale również dla amatorów dobrego, prawdziwego jedzenia. Ile ciekawych ludzi można poznać, ile ciekawych kontaktów nawiązać! Muszę koniecznie śledzić takie wydarzenia i gonić po Polsce:-).









sobota, 21 czerwca 2014

Letni ogród

Lato mogłoby dla mnie trwać cały rok, a tym bardziej, kiedy zamieszkałam w domku z ogródkiem. Zaczęłam dostrzegać to, co nas otacza, przemiany pór roku, doceniłam deszcz, który wnosi w mój ogródek tyle życia, pszczoły, które zlatują się zewsząd do naszych kwiatów... Jako ogrodnik - amator i laik w dziedzinie ogrodnictwa cieszę się jak małe dziecko, gdy wyrasta jakaś roślinka posiana czy posadzona moją ręką. A kolory w ogrodzie działają kojąco i wnoszą nam do domu mnóstwo endorfin:-). Na pobliskich drzewach śpiewają ptaki, ale nie umiem ich rozróżnić, słyszę jednak, że śpiewają pięknie i to mi wystarczy. Mamy też budkę dla ptaków umieszczoną na wysokim modrzewiu i każdej wiosny wprowadza się tam ptasia rodzina, która potem mieszka przez całe lato.

Staram się zagospodarować każdy skrawek ziemi. Są to kwiaty, owoce, czasami trochę warzyw, zioła. Ileż frajdy jest, gdy możemy dokonać zbioru czegoś samodzielnie wyhodowanego!

Dziewczyny uwielbiają zbierać poziomki, przeszukują krzaczki w poszukiwaniu czerwonych owoców i gdy mają już pełną miseczkę, dolewają jogurtu naturalnego i mają deser, który same przygotowały:-).

 





Truskawki też cieszą się powodzeniem:



A jakie pyszne są jagody kamczackie! Tyle że jagody kamczackie najpierw zmieniają kolor z zielonego na granatowy i strasznie kuszą, a dopiero potem dojrzewają, w związku z czym u nas zjadane są w wersji wyjątkowej kwaśnej i mało której jagodzie udaje się dotrwać do pełni smaku:-). A już żadnej jagodzie nie udało się dotrwać do zdjęcia, więc nie zostały uwiecznione. Były większe od borówek (poniżej), wydłużone, bardzo granatowe i baaardzo cierpkie w smaku:-).


Borówki amerykańskie dopiero się pięknie zapowiadają. W tym roku chyba po raz pierwszy będzie duży zbiór, gdyż bardzo pilnuję nawożenia i podlewania.


Agrest jeszcze całkiem zielony, nawet nikogo nie kusi:-):



Winogrona dopiero ujawniły się, że będą:-):



Za to kwiaty rozkwitają wszędzie niesamowicie. W tym roku moim ulubionym kwiatem została ostróżka. Wysoka - wyrosła na ponad 1 metr w górę, liliowo-niebieska, z mnóstwem kwiatów. Już wiem, że w przyszłym roku muszę mieć jej więcej:-).


Przepiękna jest też i niewymagająca wiele od ogrodnika - naparstnica.




Królują już róże, najbardziej lubię wielkokwiatowe, których kwiaty zdają się rozwijać bez końca, stają się coraz większe i większe. Przepiękne...





Zaczynają kwitnąć pierwsze lilie, jeszcze nie we wszystkich kolorach, ale już niedługo pojawią się przeróżne tęczowe barwy:




i wszędobylskie nagietki, z których potem będę mogła robić różne kremy, maści itp.:



i niecierpki, aksamitki, surfinie i wiele innych...




Dużą część ogródka zajmują horstensje, azalie i rododendrony, ale hortensje jeszcze nie kwitną, a azalie i rododendrony już odpoczywają po kwitnieniu.

Zioła zaczęłam od niedawna hodować w skrzynkach, gdyż kiedy wysiewałam je tak po prostu w ogródku, myliły mi się ze wszystkim i nie wiedziałam, czy to kwiaty, zielsko, czy jeszcze coś innego, a najczęściej po prostu o nich zapominałam. Patent ze skrzynkami sprawdza mi się znacznie lepiej:-).

Moim ostatnim nabytkiem jest mięta indiańska - ma zastosowanie  tak jak zwykła mięta, ale ciekawie się prezentuje, ma drobne listki na długich zwisających łodygach i przepięknie pachnie... Na razie jeszcze mała roślina:


Drugi ziołowy nabytek to werbena cytrynowa, która pachnie jak cytryna, zapach jest niesamowicie intensywny i świeży, a zastosowań ma tyle, że można by pisać i pisać. Generalnie jest baaardzo zdrowa, a więcej można poczytać np. tu.



Czasami udaje mi się też wyhodować chwasty:-). Rośnie niejednokrotnie ładna, dorodna roślina, a ja pielęgnuję ją wytrwale, licząc, że za chwilę pięknie zakwitnie... Ciągle daję się na to nabierać.

Nawet taki mały ogródek wymaga dużo pracy. Chwasty rosną szybciej niż to, co ma rosnąć, więc ciągle trzeba pielić. Ale dziewczyny pomagają we wszystkim. Razem pielimy, zbieramy opadłe gałązki i szyszki modrzewia, przycinamy krzaczki, obcinamy przekwitłe kwiaty, siejemy, sadzimy... Lubimy to. Te prace "przyziemne" pozwalają znaleźć równowagę we wszystkim wokół, coś jak pozytywistyczna praca u podstaw:-). Lubię pracę w ogrodzie i zmęczenie po pracy w ogrodzie, lubię radość moich dziewczyn, kiedy skubią sobie owoce albo zrywają natkę pietruszki czy szczypiorek do śniadania, lubię posłuchać, jak trawa rośnie:-).


piątek, 20 czerwca 2014

Chleb żytni pytlowy

To kolejny z trio: razowy, sitkowy i właśnie pytlowy. Tym razem z receptury Wisły, niezawodny, w miarę łatwy, bez wieloetapowych zaczynów. Mało razowy, ale, ponieważ pominęłam dodatek mąki pszennej z przepisu, całkowicie żytni, z kleistym wilgotnym miąższem. Dla mnie to chleb dzieciństwa - kiedyś sprzedawany był w piekarni w Pawilonach przy Marszałkowskiej w Warszawie, tam gdzie teraz jest stacja metra Świętokrzyska. Był pyszny, stało się wtedy w długiej kolejce, aby go dostać, ale warto było. Wypiekany był na bieżąco, sprzedawany jeszcze ciepły. Towarzyszył nam jako chleb świąteczny i jako chleb codzienny. Jedyny, który można było zabrać na drogę na dalekie wyjazdy, bo nie pleśniał jak wszystkie inne. Takim go zapamiętałam, a kiedy upiekłam mój chleb pytlowy, przypomniałam sobie, "jak to drzewiej bywało..." Polecam nawet bez wspomnień, tak po prostu, jako wyjątkowo smaczny chleb.

A skąd nazwa? To chleb z jasnej mąki żytniej, która otrzymywana była dawniej poprzez  odsiewanie otrąb przez bardzo drobne sito zwane właśnie PYTEL...

Chleb żytni pytlowy

Zaczyn:

75 g aktywnego zakwasu żytniego
250 g mąki żytniej typ 720
200 g wody

Składniki wymieszać i zostawić na 14 godzin w temperaturze pokojowej.

Ciasto chlebowe:
 

cały zaczyn
250 g maki żytniej typ 720
2 łyżki siemienia lnianego
1 łyżeczka soli
200-220 g wody

Wszystkie składniki ciasta chlebowego wymieszać łyżką drewnianą w misce, najpierw tylko do połączenia składników. Zostawić na 5 minut i ponownie mieszać, dodając wody. Wodę należy dozować ostrożnie, aby ciasto nie wyszło zbyt rzadkie. Ma być miękkie, ale zdecydowanie nie lejące. 


Ciasto przełożyć do foremki, wysmarowanej olejem i wysypanej otrębami i zostawić do wyrośnięcia - u mnie podwajało objętość przez niecałe 2 godziny, to całkiem szybko, ale było bardzo ciepło w kuchni, kiedy rosło.


Spryskać wodą wierzch i piec 15 minut w temperaturze 240 st. C, a następnie 25 minut w temperaturze 200 st.C. Ostatnie 10 minut można piec bez foremki - i tak dokładnie piekłam. Chleb wyszedł równiutko upieczony, pachnący, taki, jak go zapamiętałam...


Upiekłam w 2 foremkach, podwajając ilość składników.




czwartek, 19 czerwca 2014

Chleb żytni sitkowy

Marzył mi się właśnie chleb sitkowy i specjalnie dla niego zakupiłam mąkę żytnią sitkową typ 1400, a kiedy jeszcze w przepisie u Adama przeczytałam, że "chleby żytnie: razowy, pytlowy oraz sitkowy właśnie, to jak trzech tenorów polskiego piekarstwa - klasyka i lektura obowiązkowa jednocześnie", to koniecznie musiałam go upiec! Nie ma to jak klasyka. To chleb bez dodatków, z minimalną ilością składników (mąka, woda, sól), natomiast odpowiedni proces przygotowania tych składników sprawia, że otrzymujemy pieczywo wyjątkowo smaczne i zdrowe.

Chleb żytni sitkowy

1 faza - półkwas

50 g aktywnego zakwasu żytniego
25 g wody o temp. 24 st. C
50 g mąki żytniej sitkowej typ 1400

Do zakwasu dodać wodę, dokładnie wymieszać, następnie mąkę i ponownie zamieszać. Tak przygotowaną fazę półkwas o wydajności 166% czyli ścisłą i dość chłodną pozostawić pod przykryciem do fermentacji na 10 -12 godzin. Taka właśnie temperatura oraz konsystencja ciasta (wydajność) tej fazy powoduję budowanie aromatu przyszłego pieczywa.

2 faza - kwas

125 g półkwasu (cała 1 faza)
125 g mąki żytniej sitkowej typ 1400
150 g wody o temp. 30 st. C

Wszystkie składniki wymieszać na zasadzie jak w fazie poprzedniej i pozostawić do fermentacji na 7-9 godzin. 2 faza - kwas posiada odmienne parametry niż 1 faza - półkwas, zgodnie z zasadą naprzemiennego stosowania faz ścisłych i zimnych oraz ciepłych i luźnych. Wydajność fazy - kwas wynosi 200%, czyli dokładnie tyle samo co użytego zakwasu żytniego jako zaczątku.

3 faza - ciasto właściwe

400 g kwasu (cała faza poprzednia)
200 g mąki żytniej sitkowej typ 1400
9 g soli
150 g wody o temp. 32 st. C

Wszystkie składniki ciasta wymieszać przez kilka minut, przełożyć do formy i zostawić pod przykryciem do końcowej fermentacji na kilka godzin - w zależności od temperatury otoczenia. Ciasto powinno mniej-więcej podwoić swoją objętość. Moje rosło prawie 4 godziny.


Piec w naparowanym piekarniku w temperaturze 230 st. C przez około 5 minut i następnie zmniejszyć do 200 st. C i dalej piec jeszcze 30 minut (cały wypiek 35 minut). Bezpośrednio po wyjęciu chleba z piekarnika ponownie spryskać wodą i pozostawić do przestygnięcia.


To kolejny wyjątkowy chleb!

W moim chlebie skórka popękała, ale choć może elegancji przez to chlebowi zabrakło, to jednak smak zrekompensował niedostatki urody:-):


 A obok chleba oczywiście masło domowej produkcji:


środa, 18 czerwca 2014

Żółw, kot i rybki

Jak większość dzieci, zawsze marzyłam o posiadaniu zwierzaka. Aż w końcu dostałam na urodziny żółwia. To była piękna żółwica Balbina, która towarzyszyła mi przez ponad 20 lat! Potem towarzyszyła także moim dzieciom, które pokochały ją całym sercem. W lecie mieszkała w ogródku, a ponieważ była duża, nie musieliśmy się obawiać, że przeciśnie się przez szpary w ogrodzeniu. Oskubywała kiełkujące kabaczki i płatki kwiatów, spijała wodę z liści. Niestety, zginęła tragicznie, co wszyscy strasznie przeżyliśmy. Dziewczyny błagały o kolejnego żółwia. Początkowo byłam przeciwna, dla mnie istniała tylko Balbina i nie potrafiłam jej niczym innym zastąpić. Ale serduszka dziecięce marzyły o żółwiku. Zaangażowały się w wybór zwierzaka i zakup (dołożyły się z kieszonkowego) i od ostatniego lata mieszka z nami Mania. Mania jest malutka, ucieka zewsząd, pokonuje wszelkie ogrodzenia, które jej przygotowuję, podkopuje się pod ogrodzeniem, mieści się w szpary, nie wiem - może nawet przeskakuje (???) i ciągle trzeba jej szukać. Wyjątkowo szybki i ruchliwy żółwik, biega w tempie ekspresowym i w wyścigu z zającem (tym z bajki Jeana de La Fontaine'a) na pewno by wygrał:-).



Kolejnym domownikiem został KOT. Kot o imieniu Czarnuszek, ale którego to imienia praktycznie nikt nie używa i kot nazywany jest KOTEM albo tysiącem zdrobnień bardziej i mniej kocich. Kot zamieszkał u nas we wrześniu ubiegłego roku, w wieku niespełna 3 miesięcy. Od tego czasu wydoroślał i nauczył nas, jak to jest mieć kota w domu. Bo jednak to zupełnie nowe doświadczenie. Kot zaskakuje nas czymś nowym na każdym kroku i jest zwierzakiem wyjątkowo przytulaśnym. Znosi wszystko, nawet trudną dziecięcą "miłość". Najmłodsza Czwarta wozi go samochodzikiem-wywrotką i kot wtedy grzecznie leży sobie, tylko oczy latają mu dookoła głowy w pędzącym samochodzie. Dziewczyny noszą go też przerzuconego przez ramię, podczas gdy łapy zwieszają się z obu stron.

Jest oczywiście najpiękniejszy. Rasowy dachowiec, cały czarny, z białym krawatem i białymi "stringami" - tak to określiła Druga:-). I co ciekawe, połowę wąsów ma białą, a połowę czarną:-) - cecha szczególna.

Kot poluje. Wreszcie nie ma u nas much ani pająków w domu, nie pałętają się żadne przyprawiające o stres żyjątka. W ogrodzie wyłapuje polne myszy i niestety żabki. Kiedyś przyniósł taką żabę do domu. Żaba była jak najbardziej żywa i zaczęła skakać wysoko po całym salonie. Dziewczyny piszczały i uciekały przed żabą, żaba za nimi, Kot za żabą, ja za Kotem. W każdym razie żaba przeżyła tę mrożącą krew w żyłach historię i wylądowała z powrotem w ogrodzie.

Kot, zanim przyszedł do nas, stanowił argument przetargowy. "Jak się nie będziecie uczyć angielskiego, nie dostaniecie kota!" - mówił Mąż, starając się przeforsować trochę pożytecznej nauki. Druga wzruszyła na to ramionami, stwierdzając ze zdumieniem: "Tatusiu, ale przecież nie będziemy z kotem rozmawiać po angielsku!" W każdym razie Kot jest u nas, a angielski, kulejąc, idzie do przodu i jakoś wszystko się toczy.

Co prawda ze sprzątaniem po Kocie różnie bywa, choć dziewczyny oczywiście obiecywały wszystko. Ciągle słyszę "to nie mój dzień!", "dziś jej kolej!", "ja już dziś sprzątałam!". Ale ogólnie dają radę.

Kot stał się już domownikiem, którego wszyscy kochają, respektują, wychowują i o niego dbają. A Kot odwdzięcza się wyjątkowym kocim przywiązaniem.






W planach, bardzo konkretnych, mamy rybki. Dostałyśmy na urodziny i Dzień Dziecka akwarium (to ja tak pechowo mam urodziny w Dzień Dziecka:-)). W akwarium jest już żwirek, woda, roślinki i pracuje filtr. Tylko rybek brak:-). Rybki mają być dopiero po powrocie z urlopu w połowie lipca, bo nie byłoby komu ich karmić niestety. Wystarczający kłopot mamy już z Kotem, który najprawdopodobniej będzie musiał przeczekać nasz urlop w kocim pensjonacie...

wtorek, 17 czerwca 2014

Knekkebrød - norweski chleb chrupki w Czerwcowej Piekarni

Czerwcowej Piekarni nie mogłam się już doczekać, uwielbiam razem piec. Niby tylko wirtualnie, ale jednak realnie wszyscy pieczemy to samo i w jednym czasie. Lubię to niesamowicie! I kiedy zobaczyłam zaproszenie Amber, nie mogłam sobie odmówić udziału. Tym razem piekliśmy skandynawski chleb chrupki i choć chleb jest mi znany, to jednak sama nigdy go jeszcze nie piekłam, więc tym bardziej z entuzjazmem podeszłam do tematu. I upiekłam.

Już wiemy, że nie będzie to ten jeden jedyny raz:-) Wszyscy bardzo lubimy takie chrupiące zdrowe co-nieco. Pachnące zbożem, sezamem, siemieniem, słonecznikiem... zależy, co się doda, można eksperymentować z dodatkami pod swój gust. U nas przede wszystkim rewelacyjny wypiek jako alternatywa dla słodyczy, dziewczyny zjadają jako przekąskę czy deser, aczkolwiek nie wygląda ani nie smakuje ten chlebek deserowo:-). Tak czy siak, można zajadać się bez większych wyrzutów sumienia.

Knekkebrød - norweski chleb chrupki

200 ml otrębów pszennych - u mnie owsiane
200 ml płatków owsianych
200 ml ziaren słonecznika
200 ml pestek dyni (nie miałam akurat, więc dodałam 2 razy więcej słonecznika)
200 ml pełnoziarnistej mąki żytniej
100 ml siemienia lnianego (dodałam złote siemię lniane)
100 ml ziaren sezamu
2 łyżeczki soli
700 ml wody

Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 10 minut.

Wyłożyć blachę papierem i rozsmarować ciasto cieniutko równą warstwą. Rozsmarowałam na blasze, ale zużyłam całość od razu i w związku z tym nie była to wcale taka cieniutka warstwa:-). Ale to nic, po prostu dłużej piekłam.

Wstawić na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 150 st. C z termoobiegiem. Po 10 minutach wyciągnąć i pokroić na prostokąty. Wstawić ponownie do piekarnika jeszcze na 30-40 minut - u mnie chlebek siedział w piekarniku w sumie godzinę, ale to wcale nie było za dużo dla takiego grubszego wariantu.
Wyciągnąć i odstawić do wystygnięcia – po ostygnięciu stwardnieje.