wtorek, 29 kwietnia 2014

Chleb starorosyjski - 100% żytni razowy

Wbrew pozorom bardzo łatwy. Zwykle chleby żytnie przygotowuje się w kilku etapach na 3-stopniowym zaczynie, a tutaj całą pracę wykonamy w pół dnia. Tak jeszcze nie robiłam. Poza tym ciasto ma być gęste, tak gęste, że da się uformować bochenek. A zwykle ciasto z mąki razowej jest nieco rzadsze. Przepis pochodzi z rosyjskiej strony i podane tam proporcje pozwalają na upieczenie chleba 5-kilogramowego, co jednak trochę mnie wystraszyło. Postanowiłam ilość wszystkich składników zmniejszyć dwukrotnie. 2,5-kilogramowy bochenek to i tak całkiem duży chleb.

Składniki tylko 3: 
- mąka żytnia razowa,
- woda,
- sól.
I oczywiście zakwas żytni razowy.

Aby uzyskać 550 g zakwasu, wyprodukowałam wcześniej zaczyn, więc w sumie można mój zaczyn nazwać 2-fazowym: Do 2 łyżek zakwasu dodałam 300 g mąki żytniej razowej i 300 g wody, zostawiłam na 12 godzin, po czym odważyłam z zaczynu 550 g.

Chleb starorosyjski - 100% żytni razowy

zaczyn:

550 g dojrzałego zakwasu 100% hydracji (czyli wagowo tyle samo mąki co wody - zob. powyżej)
500 g mąki żytniej razowej typ 2000
310 g wody

Składniki wymieszać i zostawić na 4 godziny w temperaturze 30 st. C. Ciasto jest bardzo gęste i takie ma być.

Ciasto właściwe:

cały zaczyn (1360 g)
900 g mąki żytniej razowej typ 2000
450 g wody
25 g soli

Składniki wymieszać, zostawić do przefermentowania na 1,5 godziny w temperaturze 28-32 st. C. 

Uformować duży bochenek mokrymi rękami i zostawić na godzinę do wyrośnięcia. Na mokro mąka żytnia nie lepi się do rąk i daje się ładnie formować, poza tym ciasto jest dość sztywne, co bardzo ułatwia formowanie. Ale do wyrastania nie odważyłam się zostawić bochenka luzem. Rósł w misce i miałam przynajmniej pewność, że zachowa okrągły kształt. Piec ok. godziny w 250 st. C.

Z tej ilości składników powstaje duży chleb o wadze ok. 2,5 kg. Jeśli chcemy trzymać się oryginalnych proporcji, należy wszystkie składniki pomnożyć przez 2 i wówczas upieczemy 5-kilogramowy bochenek, który ledwo zmieści się w piekarniku:-). Chyba że dysponujemy większym piekarnikiem albo jeszcze lepiej - piecem chlebowym... 

Chleb smakuje rewelacyjnie, tak właśnie wyobrażałam sobie prawdziwy wiejski chleb. Dość ciężki (wyłącznie mąka żytnia razowa), ale miękki i wilgotny w środku, a jaka chrupiąca skórka! Można jeść niemalże na sucho, bez żadnych dodatków, a z masłem własnej roboty to już prawdziwy przysmak:-).













 

sobota, 26 kwietnia 2014

Pasztet sojowo-soczewicowy z jajkiem

To był Wielkanocny pasztet, ale przed Świętami nie doczekał się publikacji. Nie martwię się tym jednak, bowiem ten pasztet wcale nie musi być Wielkanocny, na co dzień też jest doskonały. Smakuje podobnie jak mięsny, więc ci, co mięsnych nie lubią, niech lepiej robią z innych strączkowych: fasolowyz ciecierzycy i kaszy jaglanejfasolowy z babką płeszniksoczewicowy albo warzywny. Ja mięsa nie lubię, ale ten jest naprawdę dobry i ma bardzo dobrą konsystencję. Bazowałam na przepisie Bei, ale zrobiłam nieco uproszczoną wersję, tzn. bez pieczarek i bez ziemniaków. Pasztet wyszedł idealny. Mogłam co prawda piec go nieco krócej, gdyż u góry za bardzo się wysuszył, więc lepiej uważnie go pilnować. Można go zrobić z jajkami lub bez, ale moim zdaniem z jajkami nabiera dodatkowego wyrazu. I oczywiście z domowym chlebem smakuje najlepiej:-).

Pasztet sojowo-soczewicowy z jajkiem

200 g soi
200 g czerwonej soczewicy
6 łyżek oleju
3 duże cebule
3 jajka
3 łyżki sosu sojowego
3 ząbki czosnku
3 łyżki majeranku
2 łyżki mielonego kminku
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka mielonej kolendry
sól, pieprz do smaku
dodałam też 1 łyżkę zmielonego siemienia lnianego, gdyż konsystencja wyszła trochę za rzadka

dodatkowo: 5 jaj ugotowanych na twardo

Soję namoczyć na noc w zimnej wodzie. Następnego dnia ugotować do miękkości. Soczewicę też ugotować. Cebulę pokroić w kostkę, zeszklić na patelni na oleju (można dodać nawet trochę więcej oleju). Wszystko zmiksować.

Dodać jajka, przeciśnięty przez praskę czosnek, przyprawy, wymieszać.

Nałożyć 1/3 masy do foremki (piekłam w keksówce) wyłożonej papierem do pieczenia, ułożyć ugotowane na twardo jaja jedno za drugim - moja foremka mieści 5 jaj, dopełnić resztą masy, wyrównać wierzch łyżką.

Piec ok. godziny w temperaturze 180-200 st. C.



czwartek, 24 kwietnia 2014

Francuski ser bondon

Gdy na Wielkanoc przyjechali goście, chcieli chleba, sera i masła. Niepotrzebne im były żadne wymyślne potrawy świąteczne. Chleb był, masło było, ale sery dojrzewały akurat w lodówce w fazie wstępnej. Z przedświątecznego mleka musiałam więc zrobić ser miękki, który robi się szybko i od razu nadaje się do jedzenia. Taki jest bondon. Miękki serek do smarowania, bardzo delikatny, pięknie się rozsmarowuje na chlebie, można go wyjadać łyżeczką. Z własnej inwencji twórczej dodałam do niego mieloną kozieradkę, która, jak dla mnie, pasuje do każdego rodzaju sera. Tu oczywiście też. 

Francuski ser bondon

(na podstawie przepisu Ricki Carroll z książki "Domowy wyrób serów")

 10 l świeżego mleka (autorka przepisu proponuje zrobienie tego sera z 1 litra mleka, ja jednak zwykle robię sery z 10 litrów, bo tyle mleka kupuję jednorazowo. Z tym że z mojej ilości powstaje naprawdę dużo sera, a przechowywać można go 1-2 tygodnie, więc najlepiej dopasować proporcje do swoich możliwości konsumpcyjnych)
0,1 g podpuszczki mikrobiologicznej w proszku
0,2 g kultury starterowej - bakterie mezofilne
 sól do smaku, kozieradka lub inne zioła

Mleko podgrzać do temperatury 18 st. C (mojego nie podgrzewałam, stało dokładnie w takiej temperaturze przez kilka godzin), dodać kulturę starterową, wymieszać.

Dodać podpuszczkę rozpuszczoną w 50 ml chłodnej przegotowanej wody, dokładnie wymieszać. Zostawić na 24 godziny w temperaturze 18 st. C.

Po upływie doby powstanie delikatny miękki skrzep, który trzeba przelać na durszlak wyłożony chustą / tetrą / muślinem. Ja musiałam lekko pokroić skrzep, w przeciwnym razie wpadłaby mi do durszlaka wielka gruda, która rozprysnęłaby się po kuchni...

Ser zawinąć, związać i powiesić na kilka godzin do odcieknięcia. Jeśli chcemy bardzo miękki ser - ok. 5-6 godzin, trochę twardszy - 7-8 godzin. Następnie prasować pod ciśnieniem 7,5 kg przez 4-8 godzin.

Ser przełożyć do miski, posolić (ja dodałam tylko 1 łyżeczkę soli), dodać zioła (dodałam 2 łyżki świeżo zmielonej kozieradki), wymieszać, przełożyć do dowolnych foremek. Ser powinien mieć gładką, kremową konsystencję, a jeśli znalazłyby się w nim grudki, można przetrzeć przez sito. Grudek całe szczęście nie było, a nawet gdyby były, starałabym się ich nie widzieć, gdyż nie cierpię przecierać czegokolwiek przez sito... Te grudki widoczne na zdjęciach to kozieradka:-).

Przechowywać w lodówce pod przykryciem przez 1-2 tygodnie.



 



Czym myć zęby???

Bo wcale nie jest to takie oczywiste, że pastą. Czy fluor dba o nasze zęby, czy im szkodzi? Nie odpowiem naukowo na te pytania, nie jestem lekarzem ani farmaceutą:-). Z zalewu informacji w internecie wybrałam to, co mi pasuje, tzn. to, do czego dałam się przekonać i wcale nie twierdzę, że jest to jedyna słuszna droga.

Po pierwsze pastom z fluorem mówię NIE. Nie wiem, czy wszystko, co jest przypisywane fluorowi, jest prawdą, niemniej jednak wystarczy uświadomić sobie tylko część tych szkodliwych działań, aby wykluczyć go z użytku.

Cytuję z artykułu Agnieszki Olędzkiej na tej stronie:

"Fluor kumuluje się w kościach, blokuje też wchłanianie magnezu przez organizm, przenikając przez łożysko u kobiet ciężarnych czyni nieodwracalne szkody dla płodu. Badania prowadzone w Śląskiej Akademii Medycznej dowiodły, że nadmiar fluoru, który jest zjawiskiem powszechnym w dużych aglomeracjach miejskich, działa szkodliwie nie tylko na zęby, ale także na ogólny stan zdrowia (...)". Jest niebezpieczny "szczególnie dla dzieci, których młody organizm wchłania więcej fluoru niż organizm dorosłego człowieka. Użyteczność fluoru już wcześniej była kwestionowana na całym świecie. W ciągu ostatnich lat specjaliści ostrzegali przed tym pierwiastkiem. Fluor jest bardzo czynnym składnikiem i przenika głęboko w kości i komórki, gdzie się odkłada. Tak, powierzchnia zębów staje się mocniejsza, ale ząb sam w sobie staje się bardziej kruchy. Z wielu badań wynika, że fluor powoduje problemy ze stawami, deformacje kręgosłupa, osteoporozę i może nawet wywołać raka kości. Również mózg nie może obronić się przed jego skutkami. Fluor ma negatywny wpływ na system nerwowy i system odpornościowy i u dzieci może powodować chroniczne zmęczenie, obniżać poziom IQ, obniżać umiejętności uczenia się, powodować letarg i depresję. Rząd Belgii zaproponował Komisji Europejskiej, by zabronić dodatków fluorowych w całej Unii Europejskiej, ale Komisja stwierdziła, że na to jeszcze za wcześnie: zakaz został zepchnięty na razie na bocznicę w oczekiwaniu, że problem sam się ułoży”.

Dobrze, fluor wykluczyłam, ale co dalej? Trzeba jednak jakoś dbać o zęby. Dobrą alternatywą są pasty ekologiczne, które nie zawierają fluoru, ale one są dość drogie - kilkanaście złotych za tubkę. Ewentualnie pasty do zębów dla dzieci - w wersji bez fluoru. Używaliśmy na przykład pasty z ksylitolem, który ma działanie antybakteryjne i chroni zęby przed próchnicą, np. takiej - jest niedroga i nie zawiera fluoru.

Ale można też całkiem odejść od past do zębów. Na przykład stosowana zwykle w kosmetykach zielona glinka działa równie dobrze na zęby. Wystarczy wilgotną szczoteczkę zanurzyć w glince i myć nią zęby. Jak dla mnie, jest bezzapachowa i bezsmakowa, choć podobno niektórzy wyczuwają lekki gliniany posmak. To bardzo wygodne rozwiązanie, gdyż wystarczy kupić glinkę i nie trzeba jej specjalnie przygotowywać. Ważne tylko, aby glinka była sproszkowana, w przeciwnym razie może uszkadzać szkliwo. Można szczotkować nią i zęby, i dziąsła. Zawiera mnóstwo witamin i minerałów w łatwo przyswajalnej formie (m.in. krzem, aluminium, fosfor, wapń, potas, selen, mangan, miedż, glinka działa też antybakteryjnie, co dla zębów jest szczególnie istotne. Jeśli chcemy otrzymać z niej pastę, wystarczy dodać do proszku trochę oleju kokosowego.

Całkiem przyjemna jest "pasta" z olejków eterycznych zaproponowana przez Zielony Zagonek. Co prawda konsystencji pasty to ona nie ma, ale też działa antybakteryjnie i wybielająco. I pozostawia świeżość w ustach. Wystarczy zmieszać w równych proporcjach olejek eteryczny z oregano, tymianku, mięty, goździków, cynamonu, drzewa herbacianego i wanilii. Połączenie specyficzne, ale do przeżycia. Dobrze jest też kilka razy dziennie płukać usta wodą z solą: 2 łyżki soli, 2 szklanki wody, 1 kropla olejku herbacianego.

I oczywiście podstawą dbania o zęby jest zbilansowana dieta. Najlepiej z daleka omijać wszelką przetworzoną żywność, słodycze, nie podjadać między posiłkami, dbać o to, aby w codziennym jadłospisie znalazły się produkty bogate w wapń (produkty mleczne, warzywa strączkowe i zielone, orzechy).

A jeszcze dodatkowo polecam żucie... goździków! Są rewelacyjne nie tylko jako przyprawa. Stanowią świetną alternatywę dla gumy do żucia, działają bowiem antybakteryjnie i odświeżają oddech. Poza tym pobudzają system odpornościowy organizmu, odtruwają, usuwają wolne rodniki, a tym samym przedłużają młodość i działają antyrakowo. Więcej o zaletach goździków tu. Dla mnie goździki wydawały się z początku wyjątkowo okropne w smaku, ale powoli przyzwyczaiłam się. Najpierw tylko trzymałam w ustach, żeby nie uwalniało się zbyt dużo "smaku", a teraz już mi to nie przeszkadza, a naprawdę odświeża oddech, nie wspominając już o wszystkich zdrowotnych zaletach...


wtorek, 22 kwietnia 2014

Wiosenny zielony razowiec

Wiosna w pełni, ogródek cały zielony, coraz więcej roślinek wygląda spod ziemi, kwitną kwiaty, pszczoły latają, nawet kolorowe motyle już się pojawiły... Razem z moimi dziewczynami sadzę i sieję miliony kwiatów, warzyw i ziół, chociaż gabaryty naszego ogródka niezbyt na to pozwalają. Jest nam zielono w sercach i skoro mamy wiosnę i zieleń, to i chleb dziś wiosenny i zielony. Szczególnie że dopiero piekłam czerwony pomidorowy chleb, więc zielony w ramach serii:-). Dodałam do niego zielony groszek i mąkę z pestek dyni - dla koloru, ale również, jak się okazało, dla smaku, bo powstał chleb o bardzo ciekawym wyrazie.

Zielony razowiec

Zaczyn:

30 g aktywnego zakwasu żytniego
230 g wody 
230 g mąki żytniej razowej typ 2000 
Składniki wymieszać, zostawić na 12 godzin, aby zaczyn dojrzał.

Gotowe ciasto (proporcje na 2 nieduże bochenki):

cały zaczyn (jak powyżej)
650 g mąki orkiszowej razowej typ 2000
100 g mąki z pestek dyni
250 g zielonego groszku (u mnie mrożony)*
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka soli
1 łyżka cukru trzcinowego
400 g letniej wody

*Groszek wrzucić na wrzątek, gotować kilka minut, przelać zimną wodą, aby zachował ładny zielony kolor, zmiksować.

Do zaczynu dodać wodę, sól, cukier i obie mąki, wyrabiać kilka minut. Dodać oliwę z oliwek, wymieszać i wyrabiać kolejne kilka minut. Dodać groszek, dokładnie wymieszać. Zostawić w cieple na ok. 2 godziny, w międzyczasie dwukrotnie rozciągać i składać ciasto, aby nabrało elastyczności i zyskało potem ładną strukturę.

Ciasto podzielić na 2 części, uformować bochenki, ułożyć w wysypanych mąką koszykach do wyrastania. Ciasto mimo dodatku groszku i mimo iż składa się z samej mąki razowej, całkiem ładnie rośnie, najlepiej poczekać, aż podwoi swoją objętość. To zajęło mi około 2 godziny, ale może być dłużej lub krócej.

Piec na rozgrzanej blasze najpierw przez 15 minut w temperaturze 250 st. C, następnie ok. 25 minut w temperaturze 200 st. C.

Na zdjęciach nie widać, jaki zielony jest ten chleb, ale naprawdę jest zielony, no może zielonkawy:-)



Na drugiej kromce od lewej strony widać niezmiksowane ziarnko groszku:-), uchowało się w całości.
 

środa, 16 kwietnia 2014

Kwietniowa Piekarnia czyli pomidorowy chleb orkiszowy z czarnym sezamem

Ponownie zawitałam do Piekarni Amber. Szkoda tylko, że pieczemy co miesiąc, a nie co tydzień:-). Tym razem zmierzyliśmy się z pomidorowym chlebem orkiszowym na zakwasie - przepis pochodzi z bloga Dany. Ponieważ moje chleby najczęściej piekę właśnie z mąki orkiszowej i na zakwasie, z zapałem podjęłam wyzwanie, tym bardziej że pomidorowego bochenka jeszcze dotąd nie stworzyłam. A połączenie chleba i pomidorów wydaje się ciekawe. A, i do tego czarny sezam, który zawsze mam w domu i lubię go dodawać do pieczywa.

Autorka przepisu nie poleca stosowania samej mąki orkiszowej, ponieważ o wiele lepiej wyrasta ciasto z mąki mieszanej - pszennej i orkiszowej. No tak, tylko że ja nie używam mąki pszennej, a kiedy takowa pojawia się w przepisie, zastępuję ją odpowiednim typem mąki orkiszowej. I w ten sposób mój pomidorowiec powstał w całości z mąki orkiszowej. Na wyrastanie chleba nie mogę narzekać, bo rósł niesamowicie, miał wyraźnie chęć wydostać się z koszyka rozrostowego i powędrować po blacie kuchennym. W porę interweniowałam:-).

Piekłam na blaszce w piekarniku i choć bochenek nie wyszedł mi taki artystyczny jak u Dany, bo poszedł w szerokość, to całe szczęście nie zaszkodziło to ani smakowi, ani ostatecznemu wyglądowi chleba, gdyż w czasie pieczenia jeszcze ładnie urósł. A jaki piękny pomidorowy zapach unosił się po całym domu!

Chleb jest miękki, sprężysty, wilgotny, ma delikatny miąższ i lekko czerwony kolor dzięki pomidorom, choć smak wcale nie jest pomidorowy. Tak czy inaczej - pyszny!

Pomidorowy chleb orkiszowy z czarnym sezamem


Zaczyn:



55 g aktywnego zakwasu z mąki żytniej razowej

200 g mąki orkiszowej typ 700

200 g wody
1 jabłko, starte na tarce jarzynowej
Wszystkie składniki wymieszać w misce, przykryć folią i zostawić na ok.12 godzin.

Ciasto właściwe:

cały zaczyn jak powyżej - około 500 g
400 g krojonych pomidorów z puszki, zmiksowanych (nie miksowałam)
350 g mąki orkiszowej typ 700
300 g mąki pszennej chlebowej typ 750 - dodałam wyłącznie mąkę orkiszową typ 700, ale musiałam dodać jej nieco więcej niż wynikało z przepisu, o około 150 g
1 łyżka miodu (dałam 2 łyżki miodu gryczanego - bardzo lubię go w chlebie, ma cudowny aromat)
sezam czarny - dodałam ok. 60 g
15 g soli morskiej
dodatkowo mąka do podsypywania (w trakcie przekładania i formowania ciasta)

Do zaczynu dodać pomidory, sól, miód, sezam, następnie przesianą mąkę. Wyrabiać kilka minut mikserem. Przykryć ciasto i zostawić na około 3 godziny. W międzyczasie po każdej godzinie, czyli w sumie 2 razy, wyjąć ciasto z miski, rozklepać, złożyć i ponownie włożyć do miski. Ciasto jest dość luźne, ale za każdym złożeniem staje się bardziej sprężyste i podatne na późniejsze formowanie w bochenek. Z tym że moje było naprawdę baaardzo luźne (prawie lejące) po dodaniu wymaganej ilości mąki i musiałam dosypać jeszcze ok. 150 g.

Po trzeciej godzinie uformować ciasto w bochenek. Włożyć do koszyczka łączeniem do góry. Pozostawić delikatnie przykryte do ostatecznego wyrośnięcia.

Piekarnik naparować. Ciasto przed włożeniem do piekarnika można naciąć - będzie ładniejsze, tzn. nie popęka w różne strony. Piec w początkowej temperaturze 250 st. C przez 15 minut, potem obniżyć do 200 st. C i dopiekać jeszcze około 30 minut.







Chleb newski z kolendrą

W poszukiwaniu chlebowych inspiracji trafiłam tu i znalazłam tyle chlebów, których jeszcze nie upiekłam, że nie wiedziałam, od czego zacząć. Wybrałam chleb newski, ogromnie spodobały mi się jego zdjęcia. Mojemu chlebowi, jak i zdjęciom daleko do oryginału, ale tak czy inaczej chleb jest przepyszny. Według autora przepisu przypomina smak dzieciństwa, jest uniwersalny, pasuje do przeróżnych dań - do sera, wina, barszczu, doskonały ze szklanką mleka, a także idealny do... wódki:-) - to opinia autora. Ale zgadzam się, że chleb jest uniwersalny, pasuje do wszystkiego, można jeść nawet sam. Jest niesamowicie aromatyczny dzięki dodatkowi słodu i kolendry.

Przygotowanie i pieczenie składa się z kilku etapów, ale warto podjąć się tego wyzwania, smak z pewnością wynagrodzi nam włożony trud.

 

Chleb newski z kolendrą


zakwas: 
20 g dojrzałego zakwasu hydracja 100% (czyli wagowo tyle samo mąki co wody)
80 g mąki żytniej razowej
60 g wody
Wymieszać składniki, zostawić na noc do przefermentowania (na 8-12 godzin).

Zaparka:
100 g mąki żytniej razowej
30 g jasnego słodu
3-6 g mielonej kolendry (dałam 6 g i wcale nie było za dużo, ale to kwestia smaku)
300 g wody
Zaparkę można przygotować albo ok. 3 godziny przed szykowaniem zaczynu, albo sporządzić ją dzień wcześniej, razem z zakwasem. 
- 3 godziny przed szykowaniem zaczynu: Zalać składniki wrzątkiem, wymieszać, przykryć, zostawić w temp. 60-65 st. C na 2,5-3 godziny. 
- Dzień wcześniej (wtedy co zakwas): Zalać składniki wrzątkiem, wymieszać, przykryć, zostawić w temp. 60-65 st. C na 2,5-3 godziny. Po ostudzeniu przechowywać w lodówce. Ja przygotowałam tą drugą metodą, czyli zrobiłam zaparkę poprzedniego dnia (wtedy co zakwas), a następnego dnia rano wzięłam się za zaczyn:

Zaczyn:
160 g zakwasu
435 g zaparki
175 g mąki pszennej razowej (u mnie orkiszowa razowa typ 2000)
Wymieszać zakwas i zaparkę. Dodać mąkę, wymieszać. Zostawić zaczyn przykryty folią na 4 godziny do przefermentowania w temperaturze 32 st. C. Zaczyn jest niesamowicie aromatyczny. Kolendra, słód, zakwas, mąka, wszystko razem sprawia, że z niecierpliwością czeka się na ciąg dalszy...



Ciasto właściwe:
725 g zaczynu
322 g mąki pszennej białej (u mnie orkiszowa typ 700)
50 g mąki razowej (u mnie orkiszowa typ 2000) - ja zwiększyłam udział mąki razowej, dodałam obie mąki w proporcji mniej-więcej pół na pół, aby w sumie było 372 g
8 g soli
15 g melasy
150 g wody

Do zaczynu dodać wodę z rozpuszczoną melasą i solą, dokładnie wymieszać. Dodać mąkę, wymieszać. Wyrabiać przez 10 minut robotem na średnich obrotach. Ciasto nie może być rzadkie, można dodać 1-2 łyżki mąki.

Zostawić pod przykryciem do dalszej fermentacji na 1,5 godziny, w międzyczasie 2 razy rozciągając i składając ciasto. Ciasto powinno trzykrotnie powiększyć swoją objętość.

Ciasto wyjąć na omączony blat i uformować kulę. Włożyć do koszyka do wyrastania złączeniem do góry, przykryć. Po godzinie ciasto powinno podwoić swoją objętość, ważne, aby bochenek dobrze wyrósł, ani za krótko, ani za długo - żeby nie przerósł. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy jest to już właściwy moment, lepiej odrobinę skrócić czas wyrastania.

Ułożyć bochenek na papierze do pieczenia, zrobić nacięcia, naparować piekarnik (spryskiwaczem do kwiatów), włożyć do piekarnika nagrzanego do 230 st. C. Po 15 minutach zmniejszyć temperaturę do 170 st. C i dopiekać 45-55 minut. Wyjąć na kratkę, wystudzić, kroić najlepiej dopiero następnego dnia.

My nie doczekaliśmy z próbowaniem do następnego dnia. Chleb, siedząc jeszcze w piekarniku, narobił nam takiego smaku, że po prostu musieliśmy spróbować. Jest naprawdę rewelacyjny, pachnie pięknie, smakuje jeszcze lepiej. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko takich eleganckich nacięć jak w oryginale. Nie mogę jakoś tej sztuki opanować. Ale sama sobie obiecuję, że dojdę i do tego...







wtorek, 15 kwietnia 2014

Cypryjski ser halloumi

Ciekawy ser, moczony w gorącej serwatce. Z książki "Domowy wyrób serów" Ricki Carroll. Autorka wspomina, że ser "świetnie smakuje podczas upałów". No cóż, do upałów na razie nam daleko, więc nie mogłam tego sprawdzić, ale zapewniam, że smakuje równie świetnie wiosną. Szczególnie dzieciom smakował, pewnie dlatego że nie moczyłam go długo w solance, a dziewczyny nie przepadają za mocno słonymi serami. Z kolei mąż stwierdził, że bardzo dobry, tylko za mało słony... I jak tu wszystkim dogodzić?:-)

Ser halloumi dawniej produkowany był wyłącznie z mleka owczego, obecnie powstaje często z mieszanki mleka owczego, koziego i krowiego (w odpowiednich proporcjach). Mój jest w całości z krowiego, więc zapewne do oryginału mu daleko, ale taki a la halloumi też jest doskonały. A oryginalny halloumi produkowany jest tylko na Cyprze, Cypr ma wyłączność na jego produkcję i nazwę. Często do sera dodaje się listki mięty.

Dzięki temu że halloumi nie topi się w wysokiej temperaturze, idealnie sprawdza się jako potrawa grillowana lub smażona. Albo jako dodatek do sałatki z papryki, czerwonej cebuli, czarnych oliwek, ogórków, pomidorów i oliwy... Podobno pyszne są koreczki z halloumi z kiszonym ogórkiem, anchois, czarnymi i zielonymi oliwkami... My zjedliśmy prozaicznie na kanapkach, posypanych porządnie szczypiorkiem, do tego ogórki kiszone. Też pysznie.

Informacje o halloumi zaczerpnęłam ze tej strony.


Cypryjski ser halloumi


10 l świeżego mleka 
0,1 g podpuszczki mikrobiologicznej w proszku
0,2 g kultury starterowej - bakterie mezofilne

Mleko podgrzać do temperatury 30 st. C, dodać kulturę starterową, wymieszać.

Dodać podpuszczkę rozpuszczoną w 50 ml chłodnej przegotowanej wody, dokładnie wymieszać. Zostawić na 30-45 minut w temperaturze 30 st. C do ścięcia skrzepu.

Skrzep pokroić w kostkę o boku 1-1,5 cm, a następnie powoli podgrzewać (przez ok. pół godziny) do temperatury 40 st. C, często mieszając, aby ziarna się nie sklejały.

Serwatkę odcedzić i odstawić (będzie potrzebna). Skrzep zostawić na parę minut na durszlaku do odcieknięcia, a następnie przełożyć do formy serowarskiej wyłożonej chustą / tetrą, zawinąć i prasować przez godzinę pod ciśnieniem 15 kg, następnie odwrócić w formie i prasować przez 30 minut pod większym ciśnieniem - 25 kg.

Po tym czasie wyjąć ser z formy i pokroić w kostki o boku 10 cm. Mój ser pokroiłam tak jak pizzę, gdyż był okrągły i nieduży i nie bardzo widziałam możliwość pokrojenia go w większe kostki.

Serwatkę podgrzać prawie do zagotowania - 80-90 st. C, ale nie gotować. Zanurzyć w niej kostki sera i moczyć przez godzinę. Ser powinien pływać po wierzchu - mój nie chciał. 

Odsączyć na durszlaku, ostudzić. Oprószyć solą i zostawić do schłodzenia na 2-4 godziny. Tak przygotowany ser nadawał się już do jedzenia i po wstępnym posoleniu był idealny, choć oczywiście można go przechowywać, a nawet wskazane jest, nabiera wtedy bardziej wyrazistego smaku. Jeśli chcemy go dłużej potrzymać, należy moczyć go chociaż kilka godzin w solance - roztwór soli powinien być nasycony (1 kg soli na 4 litry wody).






poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Pasztet z ciecierzycy i kaszy jaglanej

Kolejny z moich niemięsnych pasztetów. Najbardziej lubimy właśnie ze strączkowych. Są wyraziste w smaku i mają dobrą konsystencję - dają się ładnie kroić, nie wysuszają się za bardzo ani nie są maziste. Dziewczyny szybko przekonały się do takich pasztetów, jeszcze tylko Mąż został jako zdeklarowany mięsożerca:-)

Pasztet z ciecierzycy i kaszy jaglanej

3 szklanki suchej ciecierzycy
1 szklanka kaszy jaglanej
3 jajka
3 cebule (u mnie czerwona, bo akurat tylko taką miałam, ale może być dowolny gatunek)
4 łyżki oleju do smażenia
3 ząbki czosnku
przyprawy: majeranek, cząber, papryka słodka, kurkuma, gałka muszkatołowa, czarnuszka, ewentualnie inne ulubione - ja dodałam wszystkie wymienione
sól i pieprz do smaku

Ciecierzycę namoczyć na noc. Następnego dnia odlać wodę, w której się moczyła, i zalać świeżą tak, żeby przykryła wszystkie ziarna. Gotować do miękkości (ok. godzinę).

Kaszę jaglaną przepłukać wrzątkiem, zalać dwoma szklankami wody i gotować do miękkości (ok. 15-20 minut).

Cebule pokroić, zeszklić na patelni. Czosnek pokroić lub przecisnąć przez praskę. Wbić jajka. 

Zmiksować wszystko na gładką masę. Doprawić do smaku.

Piec przez ok. godzinę w piekarniku nagrzanym do 180-200 st. C. Żeby wierzch się nie wysuszał, dobrze jest przykryć pasztet folią aluminiową lub papierem do pieczenia. Pod koniec pieczenia można odkryć, aby lekko się zrumienił.

Wystudzić. Włożyć do lodówki i kroić najlepiej dopiero następnego dnia. Tylko baaardzo skrajny mięsożerca da radę mu się oprzeć:-).





A tu wersja z drobno pokrojoną papryczką piri piri - ossstra!



piątek, 11 kwietnia 2014

Jak powstaje chleb "na oko" czyli 3 ogólnikowe przepisy

Tak naprawdę większość moich chlebów powstaje spontanicznie, bez ważenia produktów, "na oko". Co kilka dni wprowadzam w życie jakiś książkowy czy internetowy przepis i wtedy trzymam się dokładnie podanych gramów, ale chleb codzienny jest za każdym razem inny, nawet ciężko go powtórzyć, ciężko podać dokładną recepturę.

Oto jak powstawały moje chleby w ciągu ostatnich trzech dni:

Chleb z babką płesznik

Chciałam tym razem zrobić chleb z jasnej mąki, ale oczywiście jak zwykle na zaczynie żytnim razowym. Miałam też do wykorzystania zapasy babki płesznik - w roli błonnika. Do tego woda, trochę miodu, oliwa z oliwek i sól. Najpierw zaczyn żytni razowy przygotowany poprzedniego dnia, zwykle ok. 500g. Potem mąka orkiszowa jasna typ 700 - z grubsza 1 kilogram, 2 garści babki płesznik (takie duże garści), potem woda - tyle aby powstało dość gęste ciasto, dające się formować i które dla miksera staje się dość ciężkie w obróbce. 2 łyżki miodu, 1 łyżka soli. Wyrabiać dobrych kilka minut, aż rozwinie się gluten, ciasto wtedy staje się elastyczne i łatwiej odkleja się od ścianek misy. Po tych kilku minutach dodać chlust oliwy z oliwek (to będzie ok. 3 łyżek) i dalej wyrabiać, aż wszystko bardzo dobrze się połączy.

Zostawić w cieple na około 2 godziny, w międzyczasie 2 razy rozciągać i składać ciasto, które z czasem stanie się bardziej plastyczne. Po tym czasie podzielić na pół, uformować 2 bochenki, ułożyć w koszykach do wyrastania (koszyki porządnie obsypać mąką, inaczej chleby przykleją się do nich bezpowrotnie). Ciasto powinno podwoić swoją objętość. 

Piekarnik nagrzać do 250 st. C. Zsunąć chleb na rozgrzaną blachę (chyba że mamy kamień do pieczenia), naparować piekarnik (spryskać go w środku wodą) i piec w tej temperaturze 15 minut, po czym obniżyć do 200 st. C i dopiekać jeszcze ok. pół godziny.







Chleb na maślance z orzechami laskowymi

Teraz masło robię regularnie co tydzień, a w związku z tym co tydzień mam nową porcję maślanki, która nie tylko jest zdrowym i pysznym napojem, ale też nadaje się do innych potraw. Do chleba jest doskonała. Tak więc miałam maślankę, to powstał z niej chleb. I to jaki wspaniały chleb!

Do zaczynu razowego (zakwas dokarmiony poprzedniego dnia mąką żytnią razową) dodać różne mąki, dodałam, jakie akurat miałam pod ręką: żytnią typ 2000, żytnią typ 720, orkiszową typ 2000, orkiszową typ 700, w sumie trochę ponad kilogram. Do tego ok. 200 g otrąb owsianych, 2 garści orzechów laskowych, 1 łyżka soli. No i oczywiście maślanka zamiast wody. Maślanki tyle, aby powstało elastyczne, dość gęste ciasto.

Zostawić w cieple na około 2 godziny, w międzyczasie 2 razy rozciągać i składać ciasto, które z czasem stanie się bardziej plastyczne. Po tym czasie podzielić na pół, uformować 2 bochenki, ułożyć w koszykach do wyrastania (koszyki porządnie obsypać mąką, inaczej chleby przykleją się do nich bezpowrotnie). Ciasto powinno podwoić swoją objętość. 


Piekarnik nagrzać do 250 st. C. Zsunąć chleb na rozgrzaną blachę (chyba że mamy kamień do pieczenia), naparować piekarnik (spryskać go w środku wodą) i piec w tej temperaturze 15 minut, po czym obniżyć do 200 st. C i dopiekać jeszcze ok. pół godziny.







Chleb mleczny z siemieniem lnianym

A ten chleb powstał z kolei wyłącznie na mleku, nie ma w nim innego płynu z wyjątkiem zaczynu żytniego razowego na wodzie. Do płynów dodałam mąkę orkiszową jasną i razową (typ 700 i 2000), a kiedy ciasto wydawało mi się trochę za rzadkie, dodałam trochę mąki żytniej razowej (typ 2000). Do tego dużo złotego siemienia lnianego (3 duże garści), 2 czubate łyżki miodu gryczanego (pyszny jest jest chleb z miodem gryczanym) i 1 łyżka soli. Wszystko wymieszać razem i wyrabiać kilka minut. 

Zostawić w cieple na około 2 godziny, w międzyczasie 2 razy rozciągać i składać ciasto, które z czasem stanie się bardziej plastyczne. Po tym czasie podzielić na pół, uformować 2 bochenki, ułożyć w koszykach do wyrastania (koszyki porządnie obsypać mąką, inaczej chleby przykleją się do nich bezpowrotnie). Ciasto powinno podwoić swoją objętość. 

Piekarnik nagrzać do 250 st. C. Zsunąć chleb na rozgrzaną blachę (chyba że mamy kamień do pieczenia), naparować piekarnik (spryskać go w środku wodą) i piec w tej temperaturze 15 minut, po czym obniżyć do 200 st. C i dopiekać jeszcze ok. pół godziny.








W ten sposób piekę chleby najczęściej, choć również polubiłam już dokładne przepisy. Ale niezależnie od tego, do jakiego przepisu się stosuję, to bardzo lubię pieczenie chleba! 

Moje dzieci mają dużo zajęć dodatkowych

Psychologowie mówią jednoznacznie: dzieci nie mogą mieć zbyt dużo zajęć dodatkowych. Są za bardzo obciążone, nie mają czasu się pobawić i ponudzić. Gdy mają za bardzo zorganizowany czas, nie mają jak rozwijać kreatywności. Oddalają się od rodziców, bo nie spędzają z nimi czasu. Na zajęciach realizują ambicje rodziców: chodzą na to, co niekoniecznie je interesuje, a nie rozwijają innych swoich pasji.

To zapewne często jest prawdą, ale... Moim zdaniem, trzeba kierować się intuicją, nie tylko teoriami, które nie do wszystkich dzieci i rodzin dadzą się dopasować. Wydaje mi się, że najlepiej słuchać uważnie własnych dzieci, przyglądać się ich zainteresowaniom, odkrywać pasje i wyczuć, co tak naprawdę chciałyby robić, choć oczywiście jednocześnie często nie potrafią wcale tego nazwać. 

Moje dziewczyny chciałyby spróbować wszystkiego. Wciąż odkrywają coś nowego, co nie dość że wiąże się z kosztami, to oczywiście też z poświęconym temu czasem. Czasami rezygnują z rozpoczętych zajęć, czasami jest to zainteresowanie na dłużej albo, tak jak w przypadku basenu, pasja staje się codziennym treningiem i w sumie obowiązkiem. 

Czy to źle? Obciąć zajęcia? Sprawić, żeby miały jednak wolne popołudnia? U nas wygląda to tak, że dziewczyny w sumie mają czas wolny, często nawet sporo czasu wolnego, choć czasami bywa i tak, że ciężko znaleźć chwilę na odrabianie lekcji.

Naprawdę mają dużo zajęć. Trzy starsze prawie codziennie trenują na basenie, a poza tym ceramika, tenis stołowy, szachy, akrobatyka, u Drugiej jeszcze gitara, od czasu do czasu zawody pływackie czy turnieje szachowe. Czwarta chodzi do przedszkola, ale widzi, co robią starsze i też chce tak samo. Na razie tylko uczy się pływać.

Marzy im się jazda konna, szereg zajęć tanecznych, nauka gry na instrumentach... Każda ma jakieś własne pragnienia, ale nie wszystkie udaje nam się zrealizować. Szkoła tu nie wystarcza, dziewczyny wciąż szukają czegoś nowego, mają niesamowite apetyty pod tym względem. A ja nie realizuję bynajmniej naszych chorych ambicji rodzicielskich, raczej nawet muszę dziewczyny trochę hamować.

Dlatego nie da się jednoznacznie stwierdzić, że albo zapisujmy dzieci na zajęcia dodatkowe, albo dajmy im samodzielnie się rozwijać i spędzać czas z rodzicami. Zależy od dziecka. Trzecia na przykład sama nie bardzo lubi w czymkolwiek uczestniczyć, woli z siostrami. Często gdy się nie da z siostrami, woli nie pójść nigdzie i zostać z mamą.

Ale generalnie wszystkie polubiły to nasze jeżdżenie - do szkoły, do przedszkola, na zajęcia, z zajęć. W samochodzie spędzamy sporo czasu, ale nie jest to taki czas bezproduktywny: śpiewamy, dziewczyny na wyścigi opowiadają, jak minął im dzień, robimy różne plany, opowiadamy różne rzeczy. Fajnie jest:-)


wtorek, 8 kwietnia 2014

Chleb z pieczoną dynią i orzeszkami ziemnymi

Dynia znalazła się jakimś cudem w czeluściach zamrażalnika. Nie było jej dużo - ok. 400 g, więc mimo iż pomysłów miałam co najmniej tysiąc, musiałam wybrać jeden. Często pomysły czerpię z szafek z zapasami. Otwieram taką szafkę, patrzę, co mam, po czym kombinuję dodatki chlebowe. I wymyśliłam taki oto chleb:

Chleb z pieczoną dynią i orzeszkami ziemnymi

Zaczyn:

30 g aktywnego zakwasu żytniego
160 g wody 
160 g mąki żytniej razowej typ 2000 
Składniki wymieszać, zostawić na 12 godzin, aby zaczyn dojrzał.

Gotowe ciasto (proporcje na 2 średnie bochenki):

cały zaczyn (jak powyżej)
500 g mąki orkiszowej razowej typ 2000
400 g mąki orkiszowej chlebowej typ 700
150 g mąki żytniej chlebowej typ 720
15 g soli
2 łyżki melasy
500 g letniej wody
350 g upieczonej dyni*
150 g uprażonych orzeszków ziemnych bez soli**

*Dynię (bez rozmrażania, jeśli mamy mrożoną) wyłożyć na blachę i piec ok. 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st. C. Po upieczeniu wystudzić. Jeśli dynia jest w większych kawałkach, pokroić w drobną kostkę.

** Orzeszki ziemne wyłożyć na suchą patelnię i prażyć, aż będą lekko brązowe (niektóre mogą być nawet bardziej brązowe, nie zaszkodzi, byle się nie przypaliły, bo będą gorzkie)



Wszystkie składniki, oprócz dyni i orzeszków, wymieszać i wyrabiać przez kilka minut. Dodać dynię i orzeszki, wymieszać. Zostawić na ok. 2 godziny do wstępnej fermentacji, w międzyczasie 2 razy rozciągać i składać ciasto.

Uformować bochenki lub włożyć ciasto do foremek wysmarowanych olejem i wysypanych otrębami i pozostawić do wyrośnięcia na ok. 2 godziny albo nawet więcej, tak żeby chleb podwoił lub prawie podwoił swoją objętość.

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 250 st. C, po 10 minutach obniżyć temperaturę do 220 st. C, po kolejnych 10 minutach do 200 st. C i tak dopiekać jeszcze ok. pół godziny, żeby chleby były rumiane.

Chleb dzięki dodatkowi dyni jest mięciutki, wilgotny i pachnący, a orzeszki chrupią lekko (nie są twarde) i nadają chlebowi wyrazisty smak. Melasa dodaje odrobinę słodyczy i koloru.

Użyłam aż 4 rodzajów mąk: do zaczynu mąki żytniej razowej, a potem do chleba orkiszowej razowej, orkiszowej chlebowej oraz żytniej chlebowej. 

No tak, tylko że nie ma zdjęć. Jedyne, jakie powstało, to powyższe zdjęcie prażonych orzeszków... Zwykle robię zdjęcia następnego dnia po upieczeniu chleba, gdyż mam wówczas wystarczająco dziennego światła i nikt mi nie psoci na blacie kuchennym. A tym razem chleb nie doczekał dziennego światła... Nie mam więcej dyni, więc nie powtórzę. Chyba że kupię mrożoną i wtedy zrobię aktualizację. No cóż, najlepszą rekomendacją dla chleba jest to, że szybko został zjedzony:-) Dynia ładnie się w nim rozpuściła, tylko gdzieniegdzie widać było pomarańczowo-żółte cętki. I wyraźne widoczne orzechy. 

Polecam nawet mimo braku zdjęć:-)


niedziela, 6 kwietnia 2014

W nawiązaniu do fougasse...

Nie tak dawno brałam udział w Marcowej Piekarni i piekłam wraz z innymi fougasse z oliwkami. Tak nam się w domu ten wypiek spodobał, że na stałe wszedł do mojego pieczeniowego repertuaru. Fougasse, dzięki swojej formie liścia, ma mnóstwo chrupiącej skórki, dodatki (w sumie dowolne) wzbogacają smak i można ten wypiek jeść nawet bez niczego, choć przyda się dobra sałatka, jakieś smarowidło (np. ze strączkowych) oraz, w przypadku moich dzieci, ketchup:-) - duuużo ketchupu...

Ostatnio piekłam fougasse na samej semolinie. Bazowałam na przepisie Jeffreya Hamelmana, tak jak w Marcowej Piekarni, ale nie trzymałam się go wiernie, dlatego może lepiej mój wypiek nazwę ostrożnie: wariacja na temat fougasse...

Wariacja na temat fougasse - czyli semolina, oliwki i kminek

bazą przepisu jest fougasse z oliwkami z książki "Chleb" Jeffreya Hamelmana 
z moimi licznymi modyfikacjami

Proporcje na 4 chlebki - liście

pâte fermentée:
150 g semoliny
150 g wody
3 g soli
szczypta drożdży

Połączyć drożdże z wodą, dodać mąkę i mieszać do osiągnięcia gładkiego ciasta. Pâte fermentée powinno mieć konsystencję gotowego ciasta na chleb, u mnie poprzez zwiększenie udziału wody było nieco rzadsze.

Przykryć miskę folią spożywczą i odstawić na 12-16 godzin w temperaturze około 21 st. C. Dojrzały zaczyn będzie wyrośnięty i zacznie się w środku lekko zapadać.

ciasto właściwe:
490 g semoliny
300 g wody
6 g soli
5 g drożdży instant
35 g oliwy z oliwek extra vergine
80 g oliwek - użyłam zielonych pokrojonych na kawałki

Włożyć do miski wszystkie składniki oprócz pâte fermentée, oliwek i oliwy. Wymieszać dokładnie (najlepiej mikserem z hakiem), aby składniki się połączyły. Podczas mieszania dodawać partiami zaczyn (pâte fermentée). W razie potrzeby skorygować hydrację, dolewając nieco wody. Po wymieszaniu składników ciasto powinno mieć średnią konsystencję.

Wyrabiać ciasto na większej prędkości (jeśli wyrabiamy mikserem) i dodawać oliwę. Mieszać 5-6 minut, aby rozwinąć siatkę glutenową. Dodać oliwki i wymieszać, ale tylko tyle, aby składniki były równomiernie rozmieszczone.

Ciasto przykryć i odstawić do fermentacji na 2 godziny. Po godzinie od rozpoczęcia fermentacji, ciasto wyjąć z miski na obsypany mąką blat, delikatnie rozciągnąć i złożyć na trzy, obrócić o 90 stopni i znów złożyć na trzy.

Po 2 godzinach ciasto podzielić na 4 części, lekko zaokrąglić, położyć złączeniem do dołu na posypanej mąką powierzchni i przykryć folią spożywczą. Odstawić na 20 minut, po czym każdy kawałek rozwałkować tak, aby przybrał owalny kształt. Przykryć i odstawić na godzinę w temperaturze około 24 st. C.

Kiedy ciasto wyrośnie, delikatnie je rozciągnąć, mniej więcej o połowę. Uformować wydłużony trójkąt o wysokości równej półtorej długości podstawy, a następnie zrobić nacięcia imitujące żyłki w liściu. Jeszcze bardziej rozciągnąć ciasto, aby nacięcia się otworzyły i powstały szczeliny. Ja robiłam to na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, ponieważ uformowane liście dość trudno przenosi się z miejsca na miejsce.

Piekarnik rozgrzać do temperatury 230 st. C, naparować go, umieszczając na dole naczynie z gorącą wodą lub wrzucając kilka kostek lodu, piec 20 minut (idealnie byłoby na kamieniu do pieczenia), aż fougasse będą rumiane i chrupiące, ale nadal miękkie w środku.

Moje fougasse rosły jak szalone, aż wszystkie się złączyły brzegami, a nacięcia "zarosły". Były lekkie jak puch, mięciutkie, idealnie chrupiące, a najlepsze z tostera następnego dnia (co przetestowałam przy wcześniejszym marcowym wypieku). Najlepiej z ketchupem i ogórkami kiszonymi:-)




sobota, 5 kwietnia 2014

Razowiec z serem żółtym

Jak zagospodarować resztki sera z lodówki? Zapakować je do chleba i wyjdzie pyszny, mięciutki pachnący razowiec. A  miałam jeszcze trochę mojego prawie ementalera i tak powstał ten chleb. Z książki "Chleb" Jeffreya Hamelmana. Jeszcze tyle przepisów mam do wypróbowania!

Razowiec z serem żółtym

Zaczyn:

30 g aktywnego zakwasu żytniego
100 g wody (dałam odrobinę więcej)
160 g mąki chlebowej (u mnie żytnia razowa typ 2000) 
Składniki wymieszać, zostawić na 12 godzin, aby zaczyn dojrzał.

Gotowe ciasto (proporcje na 2 średnie bochenki):

cały zaczyn (jak powyżej)
740 g mąki chlebowej (u mnie orkiszowa razowa typ 2000, dzięki temu chleb jest razowy, choć cięższy)
450 g wody (dodałam trochę ponad 500 g)
50 g oliwy z oliwek
10 g soli (ser ma wystarczająco wyrazisty smak)
5 g suchych drożdży (pominęłam)
180 g żółtego sera w połowie startego, w połowie w małych kostkach - podobno najlepszy jest parmezan, ja użyłam ementalera (własnej produkcji)

Wszystkie składniki z wyjątkiem sera wymieszać, wyrabiać kilka minut, ja wyrabiałam nawet kilkanaście, aby gluten dobrze się rozwinął. Dodać ser, wymieszać. Zostawić w cieple na 2,5-3 godziny, w międzyczasie 2 razy rozciągając i składając ciasto.

Uformować bochenki albo włożyć ciasto do 2 foremek wysmarowanych olejem i wysypanych otrębami i zostawić do wyrośnięcia. Ciasto bardzo ładnie wyrasta, u mnie w 1,5 godziny podwoiło swoją objętość, ale może też potrzebować dużo więcej czasu, różnie bywa.

Piec w piekarniku nagrzanym do 240 st. C przez 15 minut, potem obniżyć temperaturę do 225 st. C i dopiekać jeszcze około pół godziny.

Taki chleb jest pyszny opieczony w tosterze - jak przetestowały moje dziewczyny, ale też pasuje do kanapek. A z masłem własnej roboty to w ogóle poezja:-)


Na tym zdjęciu widać wyraźne kawałeczki sera w chlebie (na dole):


piątek, 4 kwietnia 2014

Mój typowy dzień "slow"

Nie pracuję według oficjalnej klasyfikacji pracujących ludzi. Powodów mojego nieróbstwa jest oczywiście mnóstwo, jeden lepszy od drugiego, a ja sobie leżę w domu, piję kawę, ewentualnie wyleguję się na tarasie (nawet mam leżak!). I dla pełnego obrazu chadzam na fitness:-). 

Mój typowy dzień zaczyna się o 6.00 rano. Pobudka, wstajemy wszyscy, tzn. prawie wszyscy, bo zwykle jedna z dziewczyn ma szkołę na drugą zmianę i ta śpi (jawna niesprawiedliwość oczywiście).

O 7.30 wyjeżdżamy. Mąż do pracy, po drodze odwozi Czwartą do przedszkola, ja z trzema starszymi jadę do szkoły. Samochodem 20 minut. Czasami w drodze powrotnej zdarza mi się wstąpić na ćwiczenia i mam wtedy tę godzinkę dla siebie.

Po powrocie ze szkoły ogarniam dom, który wygląda po porannym zbieraniu się jakby co najmniej tornado go nawiedziło, wiozę do szkoły Drugą na drugą zmianę, czekam trochę w szkole, żeby odebrać Trzecią albo wracam prosto do domu, jeśli Trzecia ma jeszcze basen po szkole. Ktoś nadąża?:-)

Po tym drugim powrocie ze szkoły piorę (codziennie!), nastawiam obiad, staram się szybko zrobić szybki obiad, ale średnio mi to "szybko" wychodzi, bo szykuję wieloetapowy chleb, piekę bułeczki albo coś jeszcze innego, gotuję zupę itd.

Muszę zdążyć ze sprawami domowymi do 15.30, kiedy to wyruszam do przedszkola po Czwartą, razem z nią jedziemy do szkoły po Drugą i Trzecią. Na 17.00 Trzecia ma basen, a o 17.00 Pierwsza kończy pływanie, więc czekamy, aż Pierwsza się ubierze i wysuszy.

Jedziemy w końcu do domu, zostawiając Trzecią na basenie, jeśli Mąż może ją odebrać o 19.00. Jeśli nie zdąży z pracy, czekamy jeszcze na Trzecią.

W domu kolacja, odrabianie lekcji, czasami muszę w tym pomóc, codziennie pogawędzić ze wszystkimi, przytulić, zaśpiewać kołysankę do snu...

To taki schemat, który oczywiście codziennie jest trochę inny. Mój typowy dzień w poszukiwaniu slow life...

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wiosna na całego!

Dopiero kiedy wyprowadziłam się z bloku i zamieszkałam w domu, zaczęłam obserwować przyrodę budzącą się wiosną do życia. Codziennie jakaś nowa roślinka wygląda spod ziemi, pąki na drzewach stają coraz większe, trawa nabiera koloru. Ziemia nawet pachnie wiosną, można w niej już sadzić kwiaty i realizować nowe ogrodnicze pomysły. Jest jeszcze chłodno, ale w słońcu wręcz gorąco. Obudziły się już pszczoły, które przysiadają na wiosennych kwiatach i kwitnących drzewach. Jest pięknie i nawet w małym ogródku nie da się tego nie zauważyć. W skrzynkach wysiałam zioła, mam nadzieję, że to dla nich nie za wcześnie, że pokonają ewentualny przymrozek.

Symbolem wiosny w moim ogródku jest kwitnąca morela. Na początku mała patykowata sadzonka wetknięta do ziemi, teraz - po kilku latach - prawdziwe drzewo, już trzeci rok całe obsypane kwiatami:



 Rozkwitły kolejne wiosenne kwiaty, między innymi słoneczne żonkile:


Tulipany dopiero mają pąki, codziennie większe, a łodygi wyższe. Na razie nie widać jeszcze, jakiego będą koloru, gdyż są przeróżne, gatunki też rozmaite, z ciekawością oglądam je codziennie:



Powoli budzą się też hiacynty, ale nie spieszą się jakoś w tym roku:


Lilie dopiero wypuściły pędy spod ziemi, zakwitną latem, na razie tworzą soczyście zielony dywan:


Za to w skrzynkach panoszą się różnobarwne bratki, które bardzo lubię. Są takie delikatne i w tylu pięknych kolorach:




A z pożytecznych roślin, to mamy już las szczypiorku. Rośnie w tym samym miejscu od kilku lat i co roku jest go więcej...


Tyle na razie dzieje się w moim ogródku. Wszędzie jest zielono, ciepło, wiosna na całego!