piątek, 30 maja 2014

Szpitalna rzeczywistość


Ci, którzy byli z dziećmi w szpitalu, wiedzą, o czym mówię. Nasza szpitalna rzeczywistość jest jaka jest i nic się nie zmienia. Jeśli natrafiamy na jakiś normalny element, wzruszamy się i doceniamy go ponad miarę.

Kiedyś byłam z Pierwszą w szpitalu. To było dobrych kilka lat temu i do tej pory pamiętam spanie na twardym krześle albo na karimacie przy dziecięcym łóżeczku, brak możliwości umycia się i toaletę trzy piętra niżej...

Tym razem, wybierając się do szpitala z Trzecią, uzbroiłam się w wygodny leżak, z założenia nie liczyłam na mycie ani jedzenie, postanowiłam po prostu przetrwać i być przy dziecku. To najważniejsze.

Jak się okazało, nie przewidziałam już początku, natomiast to, czego się obawiałam, mile mnie zaskoczyło.

Miałam się zgłosić z Trzecią między 9.00 a 10.00 rano na Izbę Przyjęć. Oczywiście ze wszystkimi papierami. Ale ponieważ musieliśmy przedtem rozwieźć całe towarzystwo do przedszkola i szkoły, a w Warszawie królowały poranne korki, my zaś mieliśmy przejechać przez pół miasta, to w połowie trasy wystraszyłam się, że się spóźnimy. A kto wie, może przyjęcia są tylko i wyłącznie w tych wyznaczonych godzinach i ani pół minuty dłużej? Na wszelki wypadek, żeby czegoś nie pominąć, zadzwoniłam z samochodu na oddział, informując i przepraszając, że się spóźnimy około 15-20 minut. Pielęgniarka, z którą rozmawiałam, wydawała się nieco skonsternowana moim problemem, stwierdziła, że chyba nic się nie stanie, jeśli się trochę spóźnimy... Wkrótce zrozumiałam jej zdziwienie, kiedy biegiem wpadliśmy na Izbę Przyjęć. Nikt na nas nie czekał i nikt nawet nie zauważył, że się spóźniliśmy. Przed Izbą Przyjęć - Przyjęcia Planowe kłębił się niezliczony tłum. Wszyscy czekali tak jak my. W korytarzu było potwornie duszno (dzień był gorący), więc jeśli z dzieckiem były 2 osoby dorosłe, jedna wychodziła po prostu z maluchem na dwór. My też tak zrobiliśmy. Gdy w końcu weszliśmy do gabinetu, okazało się, że to tylko rejestracja papierkowa i stamtąd zostaliśmy skierowani na oddział. A na oddziale następna kolejka. Te same osoby, które były przed nami w pierwszej kolejce, ale wchodziliśmy do pokoju według jakiegoś tajemniczego klucza, coś w stylu "ostatni będą pierwszymi". Ale pokonaliśmy i to. Zostałyśmy we dwie zapisane na oddział. Jednak to nie wszystko. Skierowano nas na konsultację anestezjologiczną (przed operacją), a tam kolejny tłum ludzi. Reasumując, do popołudnia siedziałyśmy w kolejkach.

Na oddziale niespodzianka. Mogłam mieć przydzielone łóżko! Co prawda przyjemność ta kosztuje 15 zł za dobę, ale dla mnie oznaczała pełnię szczęścia. Pokoje, jak to zwykle na oddziałach dziecięcych, z przeszklonymi ścianami i z pierwszego widać, co się dzieje w ostatnim:-). Panie pielęgniarki przemiłe (to też zaskoczenie i to bardzo duże), ale jest ich za mało, więc cieszą się, gdy rodzice dyżurują przy dziecku, a nawet przydarzyło mi się przywiezienie mojej Trzeciej na łóżeczku z sali pooperacyjnej:-). Właściwie to powinnam dostawać te 15 zł za dobę, a nie dopłacać, bo przydałam się:-). Ale pobyt ogólnie bardzo miły, o ile tak można określić leżenie w szpitalu...

Wypis koszmarny. Na wypisie zlecona kontrola w przychodni przyszpitalnej za 10 dni. Aby się zapisać, trzeba też swoje odczekać. Przed nami 30 osób, przez godzinę czekania załatwionych 6. Zgodnie z tabliczką mnożenia, czekało nas 5 godzin czekania. Dziecko dzień po narkozie, słaniające się, ledwo żywe. Na pytanie, czy nie można gdzie indziej się zapisać, pani w rejestracji odburknęła, że nie, że wszyscy czekają, że wszystkie dzieci są zmęczone i marudne i w ogóle to co ja sobie wyobrażam. Po godzinie, gdy upłynniło się te 6 osób z 30, zapytałam, czy można zapisać się na taką kontrolę telefonicznie. Zostałam pouczona, że pani nie będzie mi odpowiadać na żadne pytania, podczas gdy załatwia kogo innego. Czy nie widzę, że jest zajęta??? Proszę czekać! usłyszałam. Uciekłyśmy stamtąd i po kilkugodzinnym dzwonieniu udało mi się zapisać na kontrolę, choć też nie było to łatwe, gdyż standardowe terminy są na za pół roku:-).

No cóż, cieszę się, że mamy to za sobą. Operacja udana i to w sumie najważniejsze. Trzecia dochodzi do siebie w domu i czuje się dobrze. Ale czasami zwykła uprzejmość i lepsza organizacja przydałyby się, oj, przydały...

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak, cieszę się, że mamy to za sobą. pozdrawiam! Ela

      Usuń
  2. A też doświadczyłam. Na szczęście wszyscy byli mili i nie byłyśmy tam długo. Zmienia się, ale bardzo powoli, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie tak, zmienia się, ale powoli. U nas też na szczęście wszyscy byli mili i nie byłyśmy tam długo...

    OdpowiedzUsuń