piątek, 29 listopada 2013

Domowe środki czystości - pranie i pralka

Temat prania przewija się u nas dosłownie codziennie, w sumie są to ubrania sześciu osób, ręczniki, pościel i tysiące innych tkanin, które brudzą się w zastraszającym tempie. Oczywiście, jak w reklamach, używałam wszystko-mogących-proszków i "wiodących" płynów do prania, zmiękczaczy, odplamiaczy i innych cudów naszych czasów, ale chociaż stosowałam "chemię niemiecką", czyli tę produkowaną na rynek niemiecki - podobno lepszą jakościowo, to jednak wystarczy przeczytać, co znajduje się w takim specyfiku, żeby się skutecznie zniechęcić. Kiedy wyszukałam w internecie nazwy niektórych substancji, okazało się, że są "mało szkodliwe", mogą wywoływać alergie, a dużo jest też takich, które zgodnie z dyrektywami unijnymi wcale nie są wymienione, jeśli nie przekraczają określonego stężenia... Mało budujące. Ale za to mobilizujące do działania. Po zagłębieniu się w temat, od razu zrobiłam swój własny proszek do prania. Ze składników, które zdążyłam już zgromadzić, robiąc zakupy "chemiczne".

Domowy proszek do prania

(źródło: Zielony Zagonek)

250 g sody kalcynowanej;
250 g boraksu;
300 g rozdrobnionego szarego mydła.

Długo debatowałam nad sposobem rozdrobnienia mydła i doszłam do wniosku, że jednak najlepiej zrobić to na metalowej tarce. Ponieważ jednak moje mydło było po prostu z dość starych zapasów - bardzo twarde i kruszące, rozdrobniłam je tak jak się dało nożem, a dało się średnio i dlatego wygląda jak wygląda:-):


Wszystkie składniki wymieszać - z tej ilości wyszedł mi jeden słój 0,9 l plus 2 czubate łyżki, które od razu zostały zużyte do prania. 

Używać 1 czubatą łyżkę na 1 pranie, można trochę zwiększyć ilość przy bardzo brudnych rzeczach. Moja pralka mieści 6 kilo i 1 czubata łyżka wystarcza. 

Oczywiście taki proszek cudów nie zdziała i oporne plamy musimy potraktować odplamiaczem, który naprawdę odplami. Tu miałam szerokie pole do testowania dzięki moim dziewczynom:-) Na razie mój naturalny odplamiacz działa, nie wypróbowałam go jeszcze na plamach owocowych, gdyż zaczęłam używać dopiero niedawno - już po sezonie owocowym.

Odplamiacz

(źródło: Zielony Zagonek)

3 szklanki wody;
1 g kwasku cytrynowego;
1/4 szklanki wody utlenionej 3%

Składniki wymieszać, dodać do prania wraz z proszkiem.

Płyn do płukania

- nazwa może zbyt szumna dla skromnego, aczkolwiek skutecznego płynu. 

Nalać 1/2 szklanki octu (zwykłego spirytusowego 10%) do pojemnika na płyn do płukania, wkropić kilka kropli naturalnego olejku eterycznego. Taki płyn zadziała nie tylko na pranie, ale też na pralkę - zapobiega osadzaniu się kamienia. I nie trzeba się obawiać zapachu octu. Ja nie cierpię tej charakterystycznej woni, ale naprawdę po praniu wcale jej nie czuć. Może jeszcze odrobinkę przy rozwieszaniu, ale po wyschnięciu w tekstyliach zostaje tylko subtelny aromat olejku eterycznego. 

wtorek, 26 listopada 2013

Kasza

Pod tym skromnym tytułem wiele się kryje. Nie bez powodu kasza wraz z innymi produktami zbożowymi znajduje się w podstawie piramidy żywieniowej. To znaczy w samej podstawie najnowszej piramidy jest aktywność fizyczna, ale jeśli już mówimy o jedzeniu, to będą to pełnoziarniste produkty zbożowe. I tu właśnie mieści się kasza.

Przed wiekami kasza stanowiła podstawę wyżywienia większości ludności w Polsce. Z czasem, a konkretnie w XVII wieku, straciła popularność na korzyść ziemniaków, teraz zaś często ludzie rezygnują z kasz i innych zbożowych produktów jako kalorycznych i tuczących. Jest to nieprawdą, gdyż kasza ma stosunkowo niski indeks glikemiczny i zapewnia sytość na długo, dzięki czemu po zjedzeniu kaszy nie sięgamy szybko po przekąski. Kasza dostarcza witaminy B, E, kwasu foliowego (szczególnie gryczana) oraz minerałów: potasu, żelaza, magnezu, cynku, miedzi, krzemu, wapnia, fosforu. Grube kasze (gryczana, pęczak) zawierają dużo błonnika. Kasza jaglana wspomaga odporność, a nawet leczenie infekcji górnych dróg oddechowych. A wszystkie kasze są pełnowartościowym nieprzetworzonym produktem bez żadnych dodatków konserwujących czy poprawiających smak.

Kaszę można przygotować na tysiące sposobów, zarówno w daniach wytrawnych, jak i słodkich. Nawet Ci, którzy nie przepadają za kaszą, znajdą na nią smaczny sposób:-)

Wszystko albo prawie wszystko o kaszach zostało powiedziane na stronie ogólnopolskiej kampanii „Kasza na stół, na zdrowie, na co dzień”. Można tam poczytać o właściwościach kaszy, o rodzajach, o jej znaczeniu dla zdrowia. Są też linki do różnorodnych przepisów z kaszy.

U nas w domu kaszę jemy z przyjemnością, więc nie muszę uciekać się do podstępów kulinarnych. Najczęściej wrzucam jako dodatek do zupy, bo zupy możemy jeść na okrągło. Kiedyś Druga, gdy miała lat 5 (teraz prawie 9), zapytała:
- Mamusiu, co tam pływa w tej zupie?
- Taka kaszka... - odpowiedziałam mało rezolutnie.
- Lubię zupę z TAKAKASZKĄ! - zawołała zadowolona Druga i od tej pory bardzo często gotuję zupy z "takakaszką".

Dziewczyny lubią też kaszę z mlekiem (roślinnym - najlepiej z ryżowym, sojowym albo kukurydzianym, ale każde się nadaje). Wtedy bierzemy drobne gatunki kasz: jaglaną, drobną orkiszową, drobną jęczmienną czy mannę orkiszową i gotujemy odpowiednio długo do gatunku kaszy. Używamy mleka roślinnego w proszku, które dosypujemy na samym końcu. Mieszamy i gotowe.

To takie bardzo zwyczajne wersje dla kaszożerców. Czasami próbujemy innych wynalazków. Wtedy nawet trudno domyślić się, że bazę stanowi kasza. Na przykład ostatnio piekłyśmy z dziewczynami doskonałe brownie z kaszą jaglaną, które to znalazłam w Moich Wypiekach. Trochę "odchudziłam" przepis, tzn. zamiast śmietanki kremówki dodałam własnej produkcji jogurt naturalny. I dodałam wiśnie (mrożone), które doskonale pasują do ciężkiego czekoladowego ciasta. Moje obawy co do zbytniego eksperymentu ciastowego okazały się bezpodstawne, dziewczyny zjadły całość (z pomocą rodziców:-) ) w jeden wieczór. Gdy zobaczyłam, na co się zanosi, od razu zabrałam się za fotografowanie, stąd sztuczne oświetlenie na zdjęciach. Ciasto nie miało szans doczekać światła dziennego...



Brownie z kaszy jaglanej z wiśniami

(źródło  przepisu: Moje Wypieki)
1/2 szklanki kaszy jaglanej;
1 szklanka wody do gotowania kaszy;
3 jaja;
1/4 szklanki oleju;
1/2 szklanki jogurtu naturalnego;
3/4 szklanki cukru demerara;
1/2 szklanki kakao;
1 łyżeczka sody oczyszczonej;
1 szklanka wiśni (mogą być mrożone);
1/4 szklanki wiórków kokosowych.

Kaszę ugotować w wodzie na miękko (15-20 minut). Gdy wystygnie, zmiksować z pozostałymi składnikami (oprócz wiśni i wiórków kokosowych), wyłożyć do dość płaskiej formy - u mnie 12 x 30 cm, wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać wiśnie, posypać wiórkami. Piec w temperaturze 180 st. C przez ok. 45 minut.

O wolnym czasie...

... którego oczywiście nikt nie ma, ale który MUSZĘ mieć. I każdy powinien go mieć. Dla większości z nas doba jest za krótka, robimy tysiąc rzeczy i załatwiamy tysiąc spraw w pośpiechu. Nasz organizm może się w końcu zbuntować, nawet kiedy wydaje nam się, że ze wszystkim dajemy sobie świetnie radę bez szkody dla nas samych. Zastanawialiście się kiedyś, skąd ten ból głowy, mimo braku skłonności do migren lub reakcji na zmianę pogody, albo bóle brzucha, chociaż jedzenie było świeże i smaczne? Chwila dla siebie jest potrzebna dla regeneracji naszego ciała i ducha. Dla odstresowania i naładowania akumulatorów. Dla odczucia radości życia. 

Każdy ma swoje sposoby na odreagowanie dnia codziennego. Dla mnie takim zastrzykiem pozytywnej energii jest taniec i sport w szerokim tego słowa znaczeniu. I nawet jeśli nie mam, co lubię, to lubię, co mam, mogę polubić różne formy taneczne, fitnessowe, sportowe. Potrzebny jest mi czas wyłącznie dla siebie, nie w roli mamy, żony, pani domu. Uwielbiam wyskoczyć na zajęcia taneczne, na gimnastykę, na rower w samotności (z dziećmi też, ale to wtedy inna wycieczka). Ostatnio odkryłam niedaleko domu wspaniałą jogę. Chodzę, gdy tylko znajdę czas. Nie zdarza się to codziennie, choć najchętniej siedziałabym tam i po pół dnia, ale to taki życiowy kompromis, z którego jestem bardzo zadowolona. Każdy oczywiście powinien znaleźć coś, co lubi robić, niekoniecznie to musi być taniec lub inne zajęcia ruchowe. Niektórzy mają swoje "stacjonarne" pasje, hobby (rękodzieło, wędkarstwo...), ale może być to też jakaś pozornie zwyczajna rzecz, która sprawia przyjemność, np. nadużywana w wątkach filmowych ;) aromatyczna relaksująca kąpiel, ciekawa książka, spacer... Trzeba się zastanowić, co lubimy robić, i odpowiednio często znajdować na to czas.

A jak znaleźć ten czas, gdy mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia? Kiedyś nie umiałam go znaleźć, gdyż nigdy nie jest tak, że wszystko mam zrobione, zawsze coś czeka w kolejce. Wtedy czasu dla siebie po prostu nie ma. W którymś momencie tego zapędzenia zrozumiałam, że nie muszę dążyć do perfekcji, że przede wszystkim trzeba zachować równowagę. Dlatego od dłuższego czasu regularnie znajduję czas dla siebie. Nie wszystko jest bezwzględnie konieczne do wykonania, naprawdę. Oczywiście jest pewne niezbędne minimum, nie zamierzamy tonąć w brudzie czy głodować, te potrzeby muszę zaspokoić. Ale wcale nie trzeba wykonywać 100% normy, żeby było dobrze. Są rzeczy, z których można zrezygnować, odsunąć na potem, a zrobić tylko to, co jest dla nas najważniejsze. Warto ustalić swoje priorytety. Podzielić zadania na te, które bezwzględnie trzeba wykonać w określonym terminie, te, które trzeba wykonać, ale bez sztywnego terminu, te, które wykonamy, gdy będzie okazja, i te, które wykonamy, jeśli zostanie nam na nie czas :) Tylko pierwsza grupa zadań jest nie do ruszenia, a całą resztą możemy w miarę potrzeb żonglować. I dzięki temu czas dla siebie zaczyna istnieć i okazuje się, że nie tak wielkim kosztem... A jak się go wtedy docenia! Uwielbiam te chwile wygospodarowane tylko dla mnie.

niedziela, 24 listopada 2013

Domowe kosmetyki - solno-cukrowy peeling do ciała na szybko

To szybki i prosty przepis, który stosuję już od dawna. Kiedyś miałam okazję uczestniczyć w wykładzie na temat kosmetyków naturalnych i wiele z tego, co tam usłyszałam, wyparowało z mojej głowy, ponieważ kosmetyków używam bardzo mało. Jednak receptura na ten peeling na stałe zagościła w moim domu. Jest banalnie prosty, skuteczny i przyjemny w użytkowaniu.

Solno-cukrowy peeling do ciała

1 łyżka nierafinowanego cukru brązowego demerara;
1 łyżka soli morskiej;
olej (u mnie kokosowy lub słonecznikowy);
kilka kropli olejku eterycznego (u mnie zwykle pomarańczowy)

Składniki wymieszać w małej miseczce, oleju dodać tylko tyle, żeby otrzymać konsystencję dość gęstej pasty. I od razu używać. Taki peeling jest w 100% naturalny. Można go zmieniać dowolnie, tzn. wyprodukować peeling tylko cukrowy lub tylko solny. Albo kawowy, gdy zamiast soli dodamy mieloną kawę:-).



sobota, 23 listopada 2013

Domowe kosmetyki - krem na zimę

Zawsze głowię się, czym by tu zimą smarować buźki moich dziewcząt (swoją przy okazji też), ale niełatwo znaleźć krem idealny, a nawet jeśli taki się wydaje, to i tak, jako niedowiarek, nie wierzę. Dotąd najbardziej podobał mi się krem Aquastop Ziołoleku. Niedrogi, bez wody (to w zimie szczególnie ważne), nadaje się nawet dla wcześniaków, więc może to moje zaufanie nie jest naiwnością? Mam nadzieję. Zaczęłam go stosować do pielęgnacji, kiedy urodziła się Trzecia - półtorakilogramowy wcześniaczek i mimo że Trzecia już dawno półtora kilograma przekroczyła i ma 6 lat, to dalej krem stosujemy. Czwarta pieluchowy czas też przeszła z Aquastopem. A teraz to już raczej nie do pupy, a do buzi:-). Dla nas wszystkich.

Niemniej jednak nie ma to, jak zrobić krem samodzielnie. Receptury są jednak dla mnie nie do przejścia. Nie nadaję się do precyzyjnego odmierzania i odważania składników, większości z nich nie rozumiem, nie jestem pewna, czy są rzeczywiście bezpieczne, więc szukałam czegoś tak prostego, że bardziej proste być nie może. Spróbowałam wedle przepisu Zielonego Zagonka i zrobiłam, może trochę po swojemu, ale wyszło:-). Teraz zima nam nie straszna:-) A jaka frajda jest, gdy ze zwyczajnych składników powstaje niezwykły krem!

Krem na zimę dla dzieci i dorosłych

50 g ziół - dziurawiec, arnika i nagietek. Dziurawiec mam w formie ziela, arnikę w formie kwiatków, a nagietki z ogródka ususzone w całości:-)
olej słonecznikowy do zalania ziół - ok. 100 ml
50 g wosku pszczelego
10 kropli olejku eterycznego - dodałam mandarynkowego



Zioła wcisnąć do słoika, zalać olejem tak, żeby były przykryte, wstawić do garnuszka z wodą, pod słoik podłożyć szmatkę i gotować 2 godziny na małym ogniu. Po 2 godzinach odcisnąć zioła na bardzo drobnym sitku - sitko powinno być naprawdę drobne, aby płatki czy gałązki nie stały się składnikiem naszego kremu.




Do gorącego oleju dodać wosk i zaczekać do rozpuszczenia, u mnie wosk rozpuszczał się bardzo powoli, wstawiłam jeszcze słoik do kąpieli wodnej, żeby zwiększyć temperaturę mojej mikstury. Po zestawieniu z ognia dodać olejek eteryczny, wymieszać i zostawić na 12 godzin. Mój krem zaczął gęstnieć już po pół godzinie, ale cierpliwie zostawiłam go na noc (gotowałam wieczorem). Rano wstałam i pierwsze co zrobiłam to zajrzałam do mojego słoika. Moja ciekawość została nagrodzona - powstał gęsty tłusty krem. Posmarowałam sobie nim na początek ręce. Wchłania się i rozprowadza doskonale. Pachnie bardziej ziołami niż mandarynką, ale jest to delikatny aromat, więc w sumie jest to zaleta. 





Tyle pierwszych wrażeń. Teraz czekamy na mrozy i sprawdzimy działanie.



środa, 20 listopada 2013

Domowe środki czystości - genialna książka

Bardzo wnikliwie przeczytałam książkę "Dom bez detergentów. 200 sztuczek sprytnej gospodyni" Małgorzaty Świgoń (wyd. Weltbild) i temat wciągnął mnie całkowicie. Ileż tam jest sposobów na różne rzeczy, poczynając od ekologicznego sprzątania wszystkich pomieszczeń, poprzez czyszczenie biżuterii, butów, usuwanie nieprzyjemnych zapachów, pranie, odplamianie, aż po szkodniki w ogrodzie. Mnóstwo praktycznych porad, a poza tym książka bardzo przybliża temat, szczególnie gdy nie bardzo wiemy, od czego zacząć. Ja zaczęłam od zakupów i choć brzmi to mało ekonomicznie, to przekłada się na późniejsze oszczędności na detergentach.

Na początek proponuję taki zestaw:
- ocet spirytusowy;
- boraks;
- amoniak;
- soda oczyszczona;
- sól;
- olejki eteryczne.

Po lekturze książki widzę, że najbardziej uniwersalna jest soda oczyszczona, którą zresztą przetestowałam już przy czyszczeniu piekarnika.








Na pewno w najbliższej przyszłości będę testować różne ciekawe przepisy, jak zastąpić detergenty i od razu będę je tutaj zamieszczać. Na razie gromadzę składniki do dalszych działań (nie tylko w dziedzinie środków czystości) :-) :



wtorek, 19 listopada 2013

Domowe środki czystości - piekarnik

Zaczęłam od piekarnika. To znaczy właściwie nie tyle od piekarnika, co od zakupu 5 kg sody oczyszczonej:-). 

Dopiero zaczynam zmieniać mój dom w bardziej przyjazny dla zdrowia. Wcześniej nie wczuwałam się w temat ekologicznych środków czystości, bo zawsze wydawało mi się, że musi być silny detergent, żeby wszystko domyć, doszorować i zdezynfekować. Ale drzemało to we mnie już od jakiegoś czasu i w końcu zaczęłam. Mój piekarnik brudzi się wyjątkowo szybko, gdyż codziennie albo co drugi dzień piekę chleb, czasami ciasta i ciasteczka, warzywa, rybę... w sumie codziennie coś się w nim piecze, a więc i codziennie się brudzi, często więc odnawiam go silnym specyfikiem w aerozolu (który zresztą pięknie rozprzestrzenia się w powietrzu i w naszych drogach oddechowych). I po tym specyfiku piekarnik jest idealnie domyty.

Przyznam, że zaczęłam z niewielką wiarą w powodzenie. Instrukcję zaczerpnęłam z cudownego bloga Zielony Zagonek. Trudno było mi uwierzyć, że potrzebuję do tego tylko sody oczyszczonej i octu. A jednak. Skropiłam dno piekarnika wodą, posypałam sodą, jeszcze trochę spryskałam wodą. Odczekałam kilka godzin, zebrałam burą warstwę sody, umyłam octem i... mam piekarnik jak nowy. Jeszcze tylko muszę dopracować szorowanie szybki, sodą nie końca zeszły wszystkie zabrudzenia, umyłam ją co prawda również octem tak jak całe dno piekarnika, ale nie jest idealnie, może powinnam jeszcze dłużej zostawić, aby soda lepiej zadziałała? Spróbuję tak następnym razem.

Zdjęć nie ma, bo piekarnik mimo wszystko mało fotogeniczny, nie chce błyszczeć jak w reklamach, przez co wygląda niezbyt przekonująco:-)
___________________________

Aktualizacja 21 listopada 2013:

Soda zadziałała! Już i szybkę w drzwiczkach mam jak nową:-) Zostawiłam znowu na kilka godzin, ale potem bardziej przyłożyłam się do szorowania. Przyznam, że napracowałam się trochę więcej niż cudownie czyszczącym sprayem, ale kondycja moich dróg oddechowych (i przy okazji nie tylko moich) jednak jest ważniejsza...

sobota, 16 listopada 2013

Domowe ekstrakty do wypieków

Bez żadnego porównania ze sprzedawanymi w sklepach syntetycznymi "olejkami" czy "aromatami". Pachnące, o skondensowanym aromacie. I bardzo proste do zrobienia w domu. Po raz pierwszy zrobiłam kilka lat temu i od tego czasu zawsze w domu jakiś ekstrakt jest pod ręką. Nie eksperymentuję z zapachami, najbardziej uniwersalne są dla mnie waniliowy, cytrynowy i pomarańczowy i na tych poprzestaję. Może jeszcze na limonkowy się skuszę.

Ekstrakty można stosować nie tylko do wypieków, lecz także do deserów czy lodów, ale musimy pamiętać, że to mocny alkohol, więc jeśli robimy coś dla dzieci, lepiej wtedy taki ekstrakt dodawać wyłącznie do wypieków i dań gotowanych, tam gdzie alkohol ma szansę odparować. Niektórzy do alkoholu dodają jeszcze wodę, ale wtedy ekstrakt jest mniej trwały i mniej esencjonalny.

Im dłużej ekstrakt przechowujemy, tym jest lepszy:-), zapach z czasem coraz bardziej nabiera mocy.

Ekstrakt waniliowy

0,5 l wódki
10 lasek wanilii

Laski wanilii przekroić wzdłuż na pół, włożyć do słoika, zalać wódką, trzymać w ciemnym miejscu co najmniej 5 tygodni. Często lasek wanilii używam podwójnie, to znaczy wcześniej zużywam nasionka, a do ekstraktu biorę laski bez ziarenek. Też wychodzi. Cała wanilia jest bardzo aromatyczna.


Ekstrakt cytrynowy / pomarańczowy

0,5 l wódki
skórki z 2 cytryn / pomarańczy

Cytryny / pomarańcze cienko obrać (to ważne, gdyż biała część pod skórką jest gorzka). Skórki włożyć do słoika, zalać wódką, trzymać w ciemnym miejscu co najmniej 5 tygodni. Można spróbować nawet wcześniej, ale tak naprawdę to najpiękniej pachnie po kilku miesiącach. Moje ekstrakty na zdjęciach są już kilkumiesięczne, dlatego skórki właściwie nie mają żadnego koloru, a cały kolor i aromat przeniknął do płynu.

Ekstrakt cytrynowy:
Ekstrakt pomarańczowy:

wtorek, 12 listopada 2013

O różnych zaletach oleju kokosowego

Olej kokosowy to specyfik "na wszystko". Wciąż odkrywam jego nowe właściwości. Służy i jako pożywienie, i jako lek, i jako kosmetyk. Zetknęłam się z nim, prowadząc swego czasu internetowy sklep ze zdrową żywnością. Sprzedawałam go, ale nie używałam. Musiałam jednak zaznajomić się z nim, by wiedzieć, co sprzedaję. I to sprawiło, że sama się nim zainteresowałam. Bo nie sposób przejść obojętnie wobec czegoś, co ma aż tyle zastosowań.

Jeśli olej kokosowy jest nierafinowany, to wtedy delikatnie pachnie, zapach jest na tyle subtelny, że nie przeszkadza w żadnych potrawach, a na tyle kokosowy, że nadaje potrawom nowy smak. Olej kokosowy rafinowany jest pozbawiony zapachu, ale najzdrowszy jest oczywiście ten w wersji nierafinowanej, surowej.

Olej kokosowy zawiera kwas laurynowy, który ma działanie bakteriobójcze i wirusobójcze, i który znajduje się poza tym jedynie w mleku matki. Kwas laurynowy stanowi aż połowę jego składu.



Zaczęłam od zastosowań kulinarnych. Najpierw do popcornu. Dziewczyny lubią popcorn, więc od czasu do czasu kupuję ziarna kukurydzy, bierzemy wielką patelnię, nakładamy łyżkę oleju kokosowego, rozgrzewamy, wsypujemy kukurydzę, często potrząsamy i czekamy chwilę, aż ziarenka przestaną skakać. Nie solimy, taki popcorn jest pyszny bez żadnych dodatków.

Poza tym olej kokosowy można z powodzeniem stosować do wypieków. Tam, gdzie trzeba dodać masło, dodajemy po prostu olej kokosowy. Przyznam, że nie wyczuwam wtedy żadnej różnicy w porównaniu z masłem, na przykład bułeczki drożdżowe rosną i smakują jak z masłem, choć niektórzy (przeciwnicy kokosa) twierdzą, że wyczuwa się aromat kokosowy.

Można też próbować oleju kokosowego do smarowania chleba, ale nam jakoś ten wariant nie pasuje. A naprawdę można, gdyż olej kokosowy w temperaturze pokojowej zachowuje formę stałą, topi się dopiero powyżej 25 st. C.

Jest bezpieczny do smażenia i pieczenia, gdyż nie spala się, dobrze znosi wysoką temperaturę i nie wydzielają się z niego rakotwórcze związki.

Ma też działanie lecznicze:
- pomaga w chorobach układu krążenia, gdyż metabolizuje tłuszcz, dostarczając energii i sprawia, że nie odkładają się złogi cholesterolu, a także wzmacnia mięsień sercowy i zmniejsza ryzyko zawału;
- reguluje pracę tarczycy;
- wspomaga układ odpornościowy - działa przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie;
- wspomaga układ pokarmowy - działa leczniczo w chorobach wrzodowych, a nawet nowotworach;
- poprawia przemianę materii, dzięki czemu przyczynia się do utrzymania prawidłowej wagi ciała. Mogą spożywać go nawet osoby z cukrzycą, gdyż olej kokosowy jest szybko metabolizowany w organizmie;
- stosowany na skórę, leczy skaleczenia, łagodzi świąd po ukąszeniach komarów i innych owadów, leczy trądziki, grzybice skóry, wysypki i opryszczkę, opóźnia powstawanie zmarszczek, chroni przed promieniowaniem UV;
- przyczynia się do lepszego przyswajania witamin A, D, E, K (jak każdy tłuszcz) i regeneruje organizm przemęczony.

Olej kokosowy odgrywa ogromną rolę w kosmetyce. W tej dziedzinie absolutnie ekspertem nie jestem, ale właśnie i dla nie-eksperta jest wymarzonym specyfikiem. Póki co, odkryłam kilka właściwości oleju kokosowego:
- odżywka na włosy,
- krem do twarzy i rąk,
- balsam do ciała,
- olejek do masażu.

Miałam włosy przesuszone po farbowaniu, więc musiałam coś z nimi zrobić. A ponieważ na stanie miałam olej kokosowy, nic nie stało na przeszkodzie, żeby spróbować. Wzięłam łyżkę oleju kokosowego (do długich czy bardzo gęstych włosów trzeba wziąć odpowiednio więcej), włożyłam do miseczki, lekko podgrzałam w kąpieli wodnej tak, żeby się rozpuścił i wmasowałam w skórę na głowie i we włosy. Zostawiłam na ok. 2 godziny, ale można i na całą noc, pewnie wtedy jeszcze lepiej podziała. Potem umyłam włosy i - jak w reklamach różnych specyfików - efekt zobaczyłam od razu: Włosy stały się bardziej błyszczące, gładsze, lepiej się układały. Teraz, po 4 razach, jest coraz lepiej. Można też używać oleju na same końcówki, już po myciu, ale wtedy trzeba go użyć z wyczuciem, nie za dużo, żeby nie zrobiły się tłuste strąki:-).

Jako krem do twarzy i rąk spisuje się równie doskonale, bowiem dzięki zawartości antyutleniaczy i witaminy E opóźnia powstawanie zmarszczek, przeciwdziała powstawaniu brązowych plamek, przebarwień, nawilża i zmiękcza skórę i - znowu jak w reklamach - skóra staje się jędrna i gładka. Podobnie działa jako balsam do całego ciała i jako olejek do masażu. A także jako ochrona przed słońcem.

Jako kremu i balsamu używam oleju kokosowego dopiero od tygodnia, więc na razie nie potwierdzę likwidacji przebarwień czy plamek czy innych długofalowych działań, niemniej jednak skóra wyraźnie staje się nawilżona i gładka i po wsmarowaniu oleju ma delikatny, bardzo przyjemny zapach. Ciekawe, jak będzie dalej.

czwartek, 7 listopada 2013

Czytajmy etykiety na produktach!

Jesteśmy tym, co jemy. Zdanie banalne, ale bardzo prawdziwe. Jedzenie ma wpływ na naszą odporność, nasze zdrowie, wygląd. A wpływ jedzenia na choroby cywilizacyjne? Temat rzeka, ale większość z nas tak naprawdę nie zwraca uwagi na to, co je, byle smakowało albo byle było niedrogie. 

Zdecydowanie wybieram zdrową żywność, niekoniecznie ekologiczną, ale zawsze naturalną, nieprzetworzoną. I wcale niekoniecznie droższą. Często to, co sami zrobimy, jest o wiele tańsze niż to ze sklepu. Ale oczywiście często też produkty ekologiczne czy naturalne są droższe. Mając gromadkę dzieci, oszczędzam na każdym kroku, mimo to nie kupuję taniej supermarketowej żywności, która z prawdziwym jedzeniem ma niewiele wspólnego. I paradoksalnie w rezultacie przekłada się to na oszczędność, ponieważ nie wydaję potem na leki - moje dziewczyny rzadko chorują.

Nie trzeba od razu wprowadzać wielkiej rewolucji, po prostu zacznijmy czytać etykiety na produktach. Skład niektórych od razu zniechęca i odbiera apetyt. Trzymajmy się kilku prostych zasad:

Im mniej składników w danym produkcie, tym lepiej.
Jeśli jest ich dużo i na dodatek są niezrozumiałe, nie kupujmy.
Często na opakowaniu pojawia się duży napis "bez konserwantów". Nie oznacza to, że nie ma tam innych niepożądanych dodatków. Tak czy inaczej przeczytajmy skład.
Nie ufajmy reklamom.
Nie kupujmy gotowych dań i półproduktów.

Naprawdę nie jest to przesada. Wystarczy przyjrzeć się temu, co jest proponowane dzieciom. Na początek "zdrowy" nabiał.

Na przykład popularny deser mleczny, reklamowany wszędzie. Faktycznie deklarowane mleko w składzie ma, ma też śmietankę, orzechy laskowe, czekoladę w proszku i odtłuszczone kakao. Ale co poza tym? Proszę bardzo: cukier, skrobia modyfikowana kukurydziana, zagęstniki: karagen, mączka chleba świętojańskiego, cytrynian wapnia, aromat.

Kolejny przykład: wszechobecny serek waniliowy - oprócz twarogu odtłuszczonego i śmietanki zawiera wsad smakowy (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, aromaty), cukier, skrobię modyfikowaną, żelatynę wieprzową.

A najpopularniejszy serek dla dzieci? Twarożku ma 52,7%, poza tym śmietanka, truskawki, syrop glukozowo-fruktozowy, wapń - cytrynian wapnia, koncentrat soku z buraka, aromat, cukier, białko mleka, witamina D3.

A jeśli przyjrzymy się słodyczom, to aż trudno uwierzyć, czym faszerowane są dzieci. Przeróżne żelki, pianki, cukierki, lizaki, dropsy... Lista składników tych łakoci jest długa i przerażająca, aż smutne, że dzieci to jedzą. To my dorośli powinniśmy być mądrzejsi. Nie dawajmy dzieciom słodyczy na zasadzie "od czasu do czasu" czy "to nie jest takie złe". Bądźmy konsekwentni. Pisałam o tym już tu. Owszem, zjedzenie jednego cukierka raz do roku nie wyrządzi nieodwracalnych szkód, ale niechże to nie będzie cotygodniowy wyjątek...

Przykładowo przyjrzyjmy się popularnym cukierkom do żucia. Składniki to: tłuszcz roślinny, substancja utrzymująca wilgotność: syrop sorbitolowy, skrobia modyfikowana, aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, ekstrakty owocowe i roślinne (z aronii, kurkumy, czarnego bzu, papryki winogron), emulgator: E435, przeciwutleniacz: alfatokoferol. Czary-mary i z tych substancji powstaje kolorowy, podobno smaczny cukierek.

Kiedyś, ileś lat temu, bardzo lubiłam budyń gotowy w proszku, zalewany tylko wrzątkiem. Z ciekawości zerknęłam na składniki budyniu waniliowego: cukier, skrobia modyfikowana E1422, mleko w proszku odtłuszczone, preparat tłuszczowo-białkowy / syrop glukozowy, tłuszcz palmowy utwardzony, emulgatory: E471, E472a, białka mleka, stabilizator E340, zagęstnik karagen, aromaty, barwnik E104 i E110. Aż trudno mi uwierzyć, że wtedy nie przeczytałam, co zjadam...

Pozostałe słodycze są podobne, różnią się dodawanymi substancjami, proporcjami, ale w rezultacie na to samo wychodzi.

Ostatnio, przy zakupie kurczaka (zagrodowego zresztą), otrzymałam próbkę przyprawy w saszetce, na której dużymi literami w ramce napisane było "bez glutaminianu sodu". No i super, ucieszyłam się oczywiście, ale jako że w nawyk weszło mi czytanie składu produktów, zaczęłam szukać jakiejś informacji na ten temat. W końcu znalazłam i przy dodatkowym świetle udało mi się przeczytać zapisane drobnym maczkiem składniki: sól, warzywa suszone, maltodekstryna, hydrolizat białka pszennego, ekstrakt drożdżowy, przyprawy naturalne. Niewielka więc pociecha, że bez glutaminianu sodu... Często glutaminian sodu ukrywa się pod swoją inną nazwą - E621, żeby składnik "glutaminian sodu" nie kłuł nas w oczy. Jeśli chodzi o przyprawy, to najlepiej kupować takie, w których nie ma żadnych dodatków smakowych, jedynie suszone warzywa bądź zioła. A najlepiej wyhodować sobie samemu i warzywa, i zioła, ale ponieważ nie da się uprawiać wszystkiego, więc zwracajmy chociaż uwagę na to, co kupujemy.

O wędlinach napisano już dużo. Wystarczy przeczytać etykietę... Parówek komentować nie zamierzam, ale lista dodawanych substancji jest przerażająca. Niektórzy twierdzą, że i tak wszystko ma chemię, że bez przesady, że coś trzeba jeść i tym podobne argumenty. Nasz wybór. Mięsożercom proponuję zakup kawałka mięsa, zamarynowanie go i upieczenie. Wtedy wiemy, co dodajemy i takie mięsko jest o wiele smaczniejsze od pokolorowanej na różowo szynki.

Gdy zaczniemy czytać etykiety na produktach, zaczniemy również zastanawiać się nad zdrowszą alternatywą i sami zaczniemy wytwarzać wiele rzeczy. A samodzielna produkcja to jak odkrywanie Ameryki:-) Ileż frajdy może sprawić taki własny jogurt, chleb, świeże zioła, kiełki, własnoręcznie wyczarowane potrawy...

Polecam wczytanie się w listę dodatków do żywności, na przykład w Wikipedii lub temat szerzej skomentowany tu. Przeczytałam, unikam, jak tylko mogę.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Semolina, bułeczki waniliowe i inne smakołyki

Z semoliną zetknęłam się po raz pierwszy kilka lat temu, ale wtedy jeszcze trudno było ją kupić. Obecnie można ją dostać w sklepach ze zdrową żywnością, zarówno w stacjonarnych, jak i w internetowych. Semolina to mąka gruboziarnista z pszenicy durum, dawnej i nieco zapomnianej odmiany, ale powoli zyskuje coraz większą popularność. W porównaniu do zwykłej pszenicy zawiera bardzo dużo witamin oraz mikro i makroelementów, przede wszystkim witaminę B, E, kwas foliowy, wapń, fosfor, potas, żelazo. Wygląda jak bardzo drobna kaszka. Jest rewelacyjna do ciasta na chleb, pizzę, makaron, do budyniu i pewnie wielu innych dań i wypieków. Warto eksperymentować z nią, gdyż ciasto na bazie albo chociaż z dodatkiem semoliny, oprócz wartości odżywczych zyskuje piękny żółty kolor. Jakiś czas temu kupiłam 10 kg (!) semoliny w worku i wzięłam się za produkcję różności.

Waniliowe bułeczki z semoliny

Najpierw powstały bułeczki. Są mięciutkie, lekko słodkie, z wyczuwalnym aromatem wanilii. Dzięki semolinie słonecznie żółte. I jak z semoliny, to z semoliny - są bez dodatku innej mąki. Rosną ładnie, pachną przepięknie, a jak szybko są zjadane:-). Ledwo zdążyłam je uwiecznić na zdjęciach.


Składniki:
500 g semoliny
0,5 szklanki mleka
0,5 szklanki wody
1 łyżka oleju słonecznikowego
2 łyżki miodu
1 łyżka ekstraktu z wanilii
1 łyżeczka soli
10 g suchych drożdży
ziarna sezamu do obtoczenia


Ciasto porządnie wyrobić, zostawić w cieple na ok. 1,5 godziny. Po tym czasie uformować bułeczki, u mnie wyszło 10 właściwie buł, a nie bułeczek. Każdą obtoczyć w sezamie i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawić jeszcze na 30 minut do ponownego wyrośnięcia. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. C i piec 20-25 min, aż się lekko zrumienią. Pyszne z miodem, dżemem, masłem, a nawet same. Choć moje dziewczyny potrafią je zjadać nawet z serkiem do smarowania, więc bułeczki są dość uniwersalne:-)

Bułeczki po uformowaniu:


I po upieczeniu:



Makaron z semoliny

Potem robiłam makaron. Makaron z semoliny jest mięciutki, oczywiście semolinowo żółty i smakuje "domowo". Naprawdę jest doskonały.

Makaron z semoliny robię w najprostszy sposób: do mąki dodaję wodę, wyrabiam i już mam ciasto. Potem cieniutko rozwałkowuję, zwijam luźno w rulon i kroję. Ważne, aby porządnie podsypywać mąką, bo inaczej powstanie jedna wielka kluska:-).

Ciasto po zagnieceniu:
 Ciasto już pokrojone na makaron:
 I gotowy obiad:




Ciasto do pizzy

Kolejnym wypiekiem semolinowym było ciasto do pizzy. Wyszło bardziej chrupiące niż z pszennej mąki i trochę inne w smaku, choć przyznam, że i tak nigdy nie robię pizzy z białej pszennej mąki, lecz albo z pszennej razowej, albo z orkiszowej razowej. Semolinę dodałam w proporcji pół na pół i wyszło w sam raz. Pizza ze zdjęcia poniżej była dość nietypowa, bo bez żółtego sera, ale okazało się, że ser żółty wcale nie jest niezbędny, naprawdę. Ser żółty w nadmiarze przeraża mnie ilością dodatków w nim zawartych, więc staram się nie przesadzać, choć dziewczyny bardzo go lubią. Zamierzam zgłębić temat serowarstwa i może zacznę produkować własny ser...

Składniki:
250 g mąki orkiszowej razowej (lub pszennej razowej)
250 g semoliny
1,5 szklanki wody 
3 łyżki oleju słonecznikowego lub oliwy z oliwek
1 łyżeczka soli
10 g suchych drożdży

Wszystkie składniki porządnie wyrobić, ciasto powinno być elastyczne i dość miękkie. Zostawić w cieple do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę. Potem rozciągnąć (ja rozciągam) lub rozwałkować na duży prostokąt wielkości blachy do pieczenia, jeśli chcemy mieć pizzę krojoną na małe prostokąty lub rozwałkować na 3 koła, ale wtedy na blachę mieszczą się na raz tylko 2 pizze. Można też uformować małe pizze i będzie ich odpowiednio więcej. I dalej już standardowo-pizzowo: przecier pomidorowy, inne dodatki i pod koniec pieczenia ser żółty. Piec w temperaturze 250 st. C przez 15-20 minut. Smacznego!






Budyń waniliowy z dodatkiem semoliny

Dziewczyny bardzo lubią budyń. Nie kupuję budyniu w sklepie (polecam przeczytanie na torebce, co tam w środku jest) i zawsze robimy budyń domowy: albo waniliowy, albo czekoladowy. Do zagęszczania używam skrobii kukurydzianej, ale kiedyś jadłam u koleżanki budyń zagęszczony semoliną i był doskonały, nieco inny od standardowego budyniu, w smaku nieco podobny do kaszy manny. Odtąd robimy różnie w zależności, czy akurat mam na stanie semolinę, czy nie. W budyniu waniliowym dodatkowo jest wzmocniony kolor - z białego na ciepłożółty. Szybki i prosty deser!

Składniki:
1 litr świeżego mleka plus 200 ml
2 łyżki cukru trzcinowego
1 laska wanilii
100 g semoliny

Z laski wanilii wydłubać nasionka, laskę bez ziarenek wrzucić do 1 litra mleka i zagotować. Wyjąć laskę wanilii, dodać cukier. 200 ml zimnego mleka rozmieszać z semoliną i ziarenkami wanilii, wlać do zagotowanego mleka, gotować chwilkę na małym ogniu, aż zgęstnieje. Podzielić na porcje i jeść:-) Smakuje zarówno na ciepło, jak i na zimno.







Chleb orkiszowy z semoliną

I jeszcze oczywiście chleb. Z semoliną zawsze doskonały, chrupiący, w różnych proporcjach i wariantach. Nam najbardziej pasuje połączenie z semoliną żytniego razowego zaczynu i mąki orkiszowej razowej.

Zaczyn:

50 g aktywnego zakwasu żytniego
250 g mąki żytniej razowej
250 g wody

Wymieszać zakwas z mąką żytnią razową i wodą, tak aby otrzymać konsystencję gęstej śmietany. Zostawić na ok. 12 godzin (najlepiej na noc). 

Gotowe ciasto:

cały zaczyn
700 g semoliny
700 g mąki orkiszowej razowej
woda
2 łyżki melasy trzcinowej
1 łyżka soli

Wszystkie składniki zmiksować lub wymieszać drewnianą łyżką. Zostawić na kilka godzin do wyrośnięcia - ciasto powinno niemal podwoić swoją objętość. Następnie przełożyć do wysmarowanych i wysypanych otrębami foremek i ponownie zostawić do wyrośnięcia - ciasto powinno prawie całkowicie wypełnić foremki, gdyż w czasie pieczenia rośnie już bardzo mało.

Jeśli pieczemy w glinianych naczyniach, wstawiamy formy do zimnego piekarnika, nagrzewamy go do maksimum, zdejmujemy przykrywki, po kilku minutach zmniejszamy temperaturę do 220 st. C, po kolejnych 15-20 minutach do 180-200 st. C i tak już pieczemy do końca, aż skórka ładnie się zrumieni, czyli od wstawienia do zimnego piekarnika przez ok. 70 minut, zależy jeszcze sporo od tego, jak długo nagrzewa się piekarnik do najwyższej temperatury, u mnie 25 minut. 

Jeśli pieczemy w metalowych formach, wstawiamy do nagrzanego do maksimum piekarnika i dalej pieczemy jak powyżej - obniżając stopniowo temperaturę, w sumie 45-50 minut.

Ja przed pieczeniem posypałam chleby pestkami słonecznika, można pominąć lub posypać czymś innym (siemię lniane, sezam, pestki dyni). My po prostu uwielbiamy słonecznik i każdy chleb ze słonecznikiem, więc taki najczęściej robię.