wtorek, 29 października 2013

Ogródek jesienią

W ogrodnika bawię się już 6. rok, ale przyznam, że fachowcem nie jestem, raczej wciąż tkwię w pierwszej klasie podstawówki. Niemniej jednak wciąż się uczę czegoś nowego i popełniam też nowe błędy, ciągle coś zmieniam, upiększam, ulepszam i niezależnie od efektu sprawia mi to mnóstwo radości. 

Na naszych niecałych 200 m2 postanowiliśmy uprawiać kwiaty, owoce, warzywa i zioła. Pierwszego roku mojej ogrodniczej kariery posadziliśmy trzy drzewa owocowe (morela, czereśnia i śliwka węgierka), kupiłam kilkadziesiąt torebek nasion i sadzonek kwiatów (jednoroczne gatunki), warzyw (kabaczki, ogórki, pomidory, rzodkiewki) i owoców (sadzonki borówek, poziomek i malin). Co prawda mój tata z powątpiewaniem kręcił głową, że tą ilością nasion można by obsiać co najmniej 2 hektary a nie 200 m2, ale ja miałam swoją koncepcję i wymyśliłam sobie artystyczne, skomplikowane wzory rabatek i do tego malownicze, kręte ścieżki. Zapowiadało się imponująco. Wszystko pięknie wykiełkowało, sadzonki przyjęły się. Pojechaliśmy na 2 tygodnie nad morze i po powrocie zastaliśmy... nawet nie wiem, jak to nazwać, były to po prostu gęste chaszcze! Wszystkie kwiaty rosły na wyścigi jedne z drugimi i wszystkie były przeplecione łodygami ogórka i liśćmi płożącego się wszędzie kabaczka. Gdzieniegdzie przebijały się pnące pomidory. Drobne gatunki nie miały szans w tej gęstwinie. Wszystko wylewało się aż za ogrodzenie. O żadnych ścieżkach oczywiście nie było mowy. Niewątpliwie było kolorowo i malowniczo, ale stwierdziłam, że jednak nie tędy droga. 

W kolejnych latach ograniczałam nieco moje uprawy, aż zostały róże, lilie, azalie, rododendrony, hortensje i wszędzie rozsiewające się nagietki, z owoców borówki, poziomki, morele, agrest, a z warzyw ogórki, szczypiorek i wszędobylski koper. Zioła uprawiam w skrzynkach, ponieważ kiedy wysiewałam je bezpośrednio do gruntu, zapominałam, co gdzie powinno wyrosnąć, i potem musiałam po zapachu identyfikować nazwy ziół:-). Wszystko ma już swoje miejsce, choć i tak zdarza mi się zmieniać koncepcję. W tym roku wysypałam wszystko w końcu korą, gdyż strasznie zarastało nas zielsko. W ubiegłym roku nie mieliśmy czasu na wojnę z chwastami i tak zaniedbaliśmy ogródek, że nie było widać, co w nim uprawiamy i czy w nim cokolwiek uprawiamy. Kora naprawdę pomogła, poprawiła też wygląd ogródka. I mieliśmy trochę mniej podlewania, jako że kora zatrzymuje w glebie wilgoć.

W tym roku miałam tylko jedną dużą wpadkę, a mianowicie wysiałam "dynię na kiełki". Miałam w domu stare już nasionka, które ani rusz nie chciały wyrosnąć w roli kiełków, więc postanowiłam dać im szansę na świeżym powietrzu. Nasionka wyglądały dość niewinnie, ale dynia oszalała i monstrualne łodygi i liście prawie wchodziły nam do domu... Były naprawdę kolosalne i rosły wyjątkowo szybko. Ale wyrosły nam też piękne i bardzo smaczne dynie:

Nawet nie wiem, jaki to gatunek, nazywam ją "dynią na kiełki", a smakuje wcale nie dyniowo, raczej podobnie do kabaczka, miąższ też nie jest pomarańczowy, tylko żółto-zielony, bardzo jasny.

Tegoroczna jesień jest piękna w ogródku. Poniżej kilka fotek, pokazujących, jak o tej porze przyroda ma się dobrze i sprawia nam dużo miłych niespodzianek.

Do tej pory kwitną nagietki:
róże:

zakwitły ponownie poziomki!!!:
można znaleźć też całkiem ładny szczypiorek:

i resztki majeranku:
i trochę natki pietruszki (natkę wysiałam teraz w domu w skrzynce, zamierzam zrobić to samo z bazylią, majerankiem, tymiankiem, roszponką):


Wychodzę na dwór, oddycham głęboko i uśmiecham się. Jest tak cicho i pięknie. Pachnie jesienią. Słońce  i ciepło sprawiają, że ten październik jest wyjątkowy. Aż chciałoby się zrobić coś wyjątkowego... Dobrze jest nagromadzić pozytywną energię przed listopadowymi szarugami...



niedziela, 27 października 2013

Kochamy miód!


Pierwsza i Druga kochają miód, Trzecia i Czwarta nie lubią. Ja lubię, Mąż lubi. Kupujemy miód bezpośrednio od pszczelarzy, nie wierzę w jakość miodu sprzedawanego w sklepach. Kiedyś miałam okazję kupić od pszczelarza bardzo tani miód gorszej jakości, który składał się głównie z... cukru! Pszczelarz uczciwie mi o tym powiedział, ale smak naprawdę był taki sam, przynajmniej dla laika. Może wytrawny smakosz dopatrzyłby się czegoś, zaś przeciętny zjadacz miodu z pewnością nie zauważyłby nic. Miód DOSKONAŁY znaleźliśmy nad polskim morzem kilka lat temu i od tego czasu kochamy go. Jemy głównie dla smaku, ale warto też pamiętać o właściwościach zdrowotnych różnych gatunków miodu. 

To nasze ostatnie zakupy:



Miód wielokwiatowy pomaga na alergię.
Miód z mniszka pomaga na wątrobę.
Miód rzepakowy pomaga na serce.
Miód akacjowy pomaga na żołądek.
Miód lipowy pomaga na przeziębienie.
Miód malinowy pomaga w schorzeniach górnych dróg oddechowych i gorączce.
Miód gryczany wspomaga odporność.
Miód spadziowy pomaga na serce, drogi oddechowe i gardło.
Miód wrzosowy pomaga na nerki.
Miód z pyłkiem kwiatowym pomaga na żołądek.
Miód z propolisem pomaga na gardło i żołądek.

Każdy miód poprawia wydolność energetyczną organizmu, dlatego polecany jest szczególnie dla dzieci, osób starszych, sportowców. Otóż to, może właśnie dlatego moje sportsmenki - Pierwsza i Druga tak świetnie pływają:-) W każdym razie są tacy, co jedzą miód i nie chorują, i długo żyją.

Tyle o zaletach miodu w telegraficznym skrócie i dużym uproszczeniu. Jest oczywiście jeszcze mnóstwo rodzajów, a wszystkie są zdrowe i pyszne.  A nasz ulubiony to cynamonowy - wyjadamy go łyżeczką ze słoika:-).

Miód możemy dodawać do wszelkich wypieków, tyle że w wysokiej temperaturze traci on swoje zdrowotne właściwości. A ostatnio stworzyłyśmy z dziewczynami wyrób idealny, gdyż zawiera miód niepodgrzewany: słodkie kulki z czterech składników: miodu, twarogu, gorzkiej czekolady i orzechów. I jeszcze wiórki kokosowe do obtoczenia. Bardzo proste i dekoracyjne. Proste również dla dzieci, które z zapałem miksują masę, a potem z równym zapałem lepią kulki. Uwielbiają je nawet Trzecia i Czwarta, które nie lubią miodu... Polecam!




Słodkie kulki z miodu, twarogu, czekolady i orzechów

400 g zmielonego twarogu
0,5 szklanki miodu
200 g gorzkiej czekolady (może być mleczna, ale wydaje mi się, że gorzka bardziej pasuje) 
1 szklanka drobno posiekanych orzechów, u nas włoskich albo laskowych, wszystkie zresztą pasują
wiórki kokosowe (albo sezam, kakao, posiekane orzechy itp.) do obtoczenia

Czekoladę rozpuścić (w mikrofalówce albo w kąpieli wodnej), wszystkie składniki zmiksować, żeby się dobrze połączyły, wstawić przynajmniej na godzinę do lodówki. Potem formować kulki wielkości dowolnej, gdyż udają się i większe, i mniejsze. Obtoczyć w wiórkach i jeszcze na godzinę wstawić do lodówki. Tylko tyle. Kulki znikają błyskawicznie, często nawet przed schłodzeniem...





A to produkt DOSKONAŁY z DOSKONAŁEGO miodu czyli miód pitny:



Miody pitne długo leżakują, najlepsze są po kilku latach, szczególnie te z największą zawartością miodu. Ten na zdjęciach to dwójniak, dość słodki, aromatyczny, delikatny, ale zawartość alkoholu całkiem spora - 15-18%. Miód pitny powstaje w wyniku fermentacji alkoholowej miodu rozcieńczonego z wodą (brzeczka). Może być sycony, gdy brzeczka zostaje przegotowana, albo niesycony, gdy surowy naturalny miód  zostaje rozpuszczony w wodzie.

Historia polskich miodów pitnych ma już ponad 1000 lat, a kilka lat temu nasze miody otrzymały unijne oznaczenie Gwarantowanej Tradycyjnej Specjalności. Produkcją rządzą teraz szczegółowe przepisy, które pozwalają utrzymać jakość na bardzo wysokim poziomie.

Jesienią i zimą pyszny jest miód pitny w wersji na ciepło, czyli grzaniec z cynamonem i goździkami. A latem można podać go z kostkami lodu i cytryną. Sam, bez żadnych dodatków, też jest doskonały.

W wersji dla dzieci polecam wodę z dodatkiem cytryny i łyżeczki miodu na porcję. Moje dziewczyny na jeden kubek wody z łyżeczką miodu wyciskają aż pół cytryny, ale najlepiej ilość cytryny dostosować do swojego smaku. Żeby miód łatwiej się rozpuścił, dobrze jest wodę lekko podgrzać (ale nie za dużo, najwyżej do 40 st. C, by miód nie stracił wartości zdrowotnych).

Miód pitny dla dzieci czyli woda z miodem i cytryną

1 kubek wody (200-250 ml)
1 łyżeczka miodu
0,5 cytryny

Wodę podgrzać do temperatury 30-40 st. C, rozpuścić miód, wycisnąć sok z cytryny. Wymieszać. Proporcje można dostosować do własnego smaku. Orzeźwiający napój, polecam nie tylko dla dzieci.



piątek, 25 października 2013

Historia mojego chleba

Jako zupełny laik, zaczęłam od chlebów drożdżowych w maszynie do pieczenia chleba. Wychodziły bardzo dobre, choć nie zawsze eleganckie, często lekko zapadnięte, ale nie zakalce. Ale te dziury od mieszadeł! Niby nie wpływają na smak, lecz na wygląd owszem. A jeszcze gdy kilka osób w domu robi rano kanapki do pracy i szkoły, to w rezultacie niewiele jest kromek nadających się na kanapki. Można co prawda wyjąć przed pieczeniem mieszadła, ale jakoś ta czynność zupełnie do mnie nie przemówiła.

Poza tym zaczął kusić mnie zakwas. A pieczywo na zakwasie nie lubi się z maszyną do chleba, gdyż za długo wyrasta. Co prawda próbowałam eksperymentować, zostawiając chleb do wyrastania w maszynie, już po zakończeniu programu, na kilka godzin, i wszystko wydawało się ok, ale wiem, że ciasto może wchodzić w reakcję z metalem, więc ponieważ i tak nie zweryfikuję tego, to przyjęłam założenie, że nie mogę na długo zostawiać chleba w pojemniku maszyny i wtedy pomyślałam, że jednak do pieczenia będzie mi służył piekarnik.

I wcale nie okazało się to trudniejsze. Pakowałam chleb w zwykłe keksówki i wychodził taki jak trzeba, czyli nie było tych nieszczęsnych dziur, a zakwas był potraktowany z należytą cierpliwością. Ale to wszystko nic: nie spodziewałam aż takiej różnicy w smaku! Chleb z piekarnika jest naprawdę rewelacyjny. Chrupiąca skórka i zupełnie inny aromat. I nie zapada się, wyrasta równo albo nawet z górką zależnie od rodzaju.

Na tym etapie pozostałam bardzo długo, ale jako ciekawski piekarz (raczej piekarka) chciałam próbować dalej. Marzył mi się piec chlebowy... Naczytałam się, jak to dawne gospodynie wypiekały chleb na zakwasie. Przy okazji wakacyjnych wyjazdów na Lubelszczyznę zwiedziłam kilka małych skansenów, gdzie zachowały się właśnie takie piece. Z cegły, opalane drewnem, nagrzewane do bardzo wysokiej temperatury, długo trzymające ciepło, z charakterystycznym łukowatym sklepieniem. Jednak obecnie jest to duża inwestycja finansowa, wymagająca też sporej przestrzeni i instalacji. Dość długo roztrząsałam tę kwestię, kombinowałam, że może jednak jakoś się uda, ale nic nie wymyśliłam. Ani kasy, ani miejsca.

Aż któregoś dnia usłyszałam bardzo obiecującą opinię, że pieczenie chleba w glinianym garnku (garnku rzymskim) jest podobne do pieczenia w piecu chlebowym. Musiałam koniecznie spróbować. Zainwestowałam więc w dwa garnki rzymskie średniej wielkości (5 l) i mimo początkowych porażek - mam wspaniałe chleby! Wierzę, że porównywalne z tymi z pieca chlebowego.




Dla zainteresowanych pieczeniem chleba w glinianych naczyniach szczegółowa instrukcja:

Bardzo ważne jest namoczenie naczynia przed włożeniem ciasta chlebowego. Po prostu nalewamy wody i zostawiamy na jakieś pół godziny, do przykrywki też. Wtedy forma nabiera wilgoci, którą potem oddaje w trakcie pieczenia

Lepsze są naczynia szkliwione, gdyż łatwiej wyciąga się z nich chleb. Ale i tak wyciąganie chleba to ćwiczenie cierpliwości. Co prawda z każdym chlebem ma być łatwiej, glina musi swoje przejść, zanim stanie się idealna. Moje naczynia są dość nowe, upiekłam w nich na razie ok. 10 chlebów i jeszcze do tej pory nie jest idealnie. Wierzę, że z czasem chleby będą wyskakiwać jak z moich zwykłych keksówek... Na razie zdarzyły mi się nawet takie chleby, które wychodziły z formy w kawałkach. Już myślałam, żeby się poddać, ale zauważyłam stopniową poprawę i teraz jest już całkiem nieźle. Trzeba porządnie wysmarować formę tłuszczem (ja smaruję zawsze olejem rzepakowym lub słonecznikowym) i równie porządnie wysypać otrębami. Nawet jeśli otrębów wsypiemy za dużo, to potem ładnie się otrzepują z bochenka i są super dodatkiem do następnego ciasta chlebowego.

Garnek rzymski wstawiamy do zimnego piekarnika. Na początku nagrzewamy do maksimum,  po czym zdejmujemy przykrywkę i pieczemy dalej, obniżając po chwili temperaturę do ok. 220 st. C. Od  chwili maksymalnego nagrzania piekarnika, piec jeszcze ok. 45-50 minut, w zależności od rodzaju chleba i piekarnika. W sumie proste, żeby jeszcze tylko te chleby chciały opuszczać formę w całości... Ale warto dla smaku i aromatu.

Piszę o garnkach glinianych na początku przyjaźni z nimi, więc moje doświadczenia nie są zbyt zaawansowane, ale mam nadzieję, że z czasem dojdę do wprawy i będę mogła się dzielić kolejnymi szczegółami. I będą wypieki jak z pieca chlebowego.

Chleb po nałożeniu do foremek:



Chleb po upieczeniu:
I chleb po pokrojeniu:

O tym, jak przekonać dzieci do tego, że fast-foody i lizaki są "bleee"

Ciężko nie ulec lawinie reklam i koleżankom wcinającym lizaki i inne paskudztwa. Może są jednostki, które tego po prostu nie lubią, ale moje dziewczyny są dość typowe jak większość dzieci. A producenci siedzą i myślą i wymyślają różne substancje, które mają wzmocnić smak, zapach i wygląd, do tego jeszcze są "identyczne z naturalnymi". Aby dzieci jadły i sięgały po więcej. I oczywiście sięgają. Wydałam temu wojnę i odniosłam już pierwsze sukcesy:-) Niestety wciąż słyszę z zewnątrz (nawet od bliskich) komentarze, jaka to jestem okrutna wobec dzieci, że przecież nie mogę im wszystkiego odbierać, że przesadzam i że to nieprawda, i że nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu zjedzą coś niezdrowego. Uodporniłam się:-) Moje dziewczyny NIE LUBIĄ lizaków, cukierków, nie chodzą do fast-foodów, bo NIE CHCĄ. Nic im nie nakazuję.

Po pierwsze, tłumaczę cierpliwie i bez końca, dużo opowiadam o zdrowym jedzeniu i za którymś razem dociera. Nie zakazuję, edukuję spokojnie i stopniowo.

Po drugie, czytamy wspólnie etykiety na produktach i opisuję dość barwnie i baaardzo sugestywnie niezrozumiałe składniki. Na przykład można się rozgadać, co to jest MOM i już na pewno z MOM-em nic nie zjemy:-)

Po trzecie, wspólnie kucharzymy i próbujemy ze zdrowych rzeczy wyczarować zdrowe i smaczne rzeczy.
I to tyle. Naprawdę skutkuje. Jeszcze 4-letnia Czwarta da się poczęstować cukierkiem, ale Pierwsza (prawie 10-latka) już nie...

Odnośnie słodyczy, to dobrą alternatywą są te domowe, przynajmniej wiemy, co dodajemy i wiele składników można zamienić na zdrowszą wersję. Dziewczyny często same wybierają przepis i same go realizują, Pierwsza i Druga (prawie 10 i prawie 9 lat) od podstaw, a Trzeciej i Czwartej (6 i 4 lata) "trochę" pomagam. Robimy w miarę proste rzeczy, żeby nie zajmowały zbyt dużo czasu i żeby dzieci zmotywować do samodzielnego działania. A sukces je uskrzydla. Zaczynają mieć coraz więcej pomysłów i chęci.

To nasz ostatni wypiek, najprostsze z możliwych ciasto drożdżowe przekładane domowym dżemem malinowym i brzoskwiniowym z pojedynczymi mrożonymi wisienkami i kukurydzianą kruszonką cynamonową:


Ciasto drożdżowe z dżemem, wiśniami i cynamonową kruszonką

(przepis na foremkę 25 x 35cm)

450 g jasnej mąki orkiszowej (np. typ 650), ewentualnie pszennej
2 całe jajka
0,5 szklanki mleka
0,5 szklanki cukru
0,5 szklanki owoców goji (moje dziewczyny nie cierpią rodzynek, a jagody goji dodają ciastu pięknego żółtego koloru i prawie znikają w cieście, więc przestają stanowić problem)
100 g roztopionego oleju kokosowego (lub roztopionego masła)
8 g suchych drożdży
1 łyżka ekstraktu z cytryny lub skórka starta z 1 cytryny

250 g mrożonych wiśni

Wszystkie składniki wyrobić (ja wrzucam po prostu do maszyny do pieczenia chleba i nastawiam program do wyrabiania i wyrastania ciasta). Gdy ciasto podwoi swoją objętość (czyli po ok. 1 godzinie) rozwałkować na prostokąt 35 x 50cm (długość x dwie szerokości foremki).

Składniki na kruszonkę:
100 g masła 
0,5 szklanki cukru
1 szklanka mąki kukurydzianej
1 łyżeczka (lub nawet więcej) cynamonu

Zrobić kruszonkę:
Masło stopić, do gorącego wsypać cukier i mąkę, wymieszać. Powinna wyjść konsystencja mokrego piasku, w razie potrzeby dodać odrobinę mąki (jeśli za sucha) lub roztopionego masła (jeśli za mokra).

Formę do pieczenia wyłożyć papierem, posypać gęsto makiem (lub sezamem czy wiórkami kokosowymi), ułożyć nasz prostokąt tak, żeby ciasto dało się złożyć do środka i po posmarowaniu dżemem złożyć, przykrywając dżem. Na wierzchu powciskać wisienki. Posypać kruszonką. Piec ok. 25-30 min. w piekarniku nagrzanym do 180 st. C.

Bardzo proste i bardzo pyszne. A jakie pachnące!
Smacznego!






sobota, 19 października 2013

Jesień i odporność

Czy ktoś znalazł idealny środek dla wzmocnienia odporności u dzieci? Chyba nie, choć każdy ma na ten temat własne zdanie. Ja też:-) Generalnie, jestem przeciwnikiem suplementów. Czytaliście skład syropków dla dzieci? Ja dopiero niedawno, ufałam, że to takie zdrowe... W każdym razie suplementów nie daję, syropków, które mają unicestwić przeziębienie, też nie daję. Faszeruję natomiast dziewczyny innymi specyfikami:-) Niektóre z nich nie są może tak smaczne jak owe syropki, ale forsuję swoje.

I tak, jesienią w ramach profilaktyki zabieramy się za picie naturalnych soków bez cukru: z rokitnika, z bzu czarnego, z róży. Mamy też własnej roboty sok malinowy z malin od dziadka, tyle że ten już z cukrem (trzcinowym).

Do posiłków cebula i czosnek. Wiem, nie wszystkie dzieci to lubią, ale warto drobnymi kroczkami wprowadzać zmiany. Moje dziewczyny też nie lubiły, ale powolutku, po troszeczku, dodawane do potraw... Na przykład na początek czosnek pieczony w całych ząbkach, pieczona czy smażona cebula wraz z innymi warzywami. A potem dochodzimy do wersji surowej.

Mamy też jesienną i zimowo-wiosenną sesję tranu. Ostatnie wytyczne mówią nawet, że i dorośli powinni przyjmować w sezonie zimowym dawkę witaminy D3.

Profilaktycznie podaję też ziołowe specyfiki antypasożytnicze, bo zakładam, że na brudnych łapkach dużo się jednak gromadzi, a pasożyty osłabiają odporność. Może nie za wszystko złe należy winić pasożyty, ale dużo złego potrafią w organizmie wyrządzić. W tym temacie sprawdza się doskonale olej z pestek dyni, drogi specyfik, ale wyznaję prostą zasadę: lepiej zapobiegać nić leczyć i w rezultacie wychodzi to taniej. Same pestki dyni też są ok, ale tu moje możliwości przekonywania tracą na sile:-) Dziewczyny nie lubią pestek dyni i już.



I oczywiście mnóstwo warzyw oraz owoców i  nieprzetworzona żywność. Tu mogę pisać godzinami, ale aby się teraz nie rozpisywać, wspomnę tylko, że staramy się jeść warzywa i owoce sezonowe i lokalne. Lubimy te polskie, które nie podróżowały przez pół świata nafaszerowane środkami konserwującymi. Teraz będą to: cukinia, papryka, por, seler, buraki, kapusta, dynia, brokuły, kalafior, kalarepa, marchewka, a z owoców tradycyjnie jemy jesienią jabłka, gruszki, śliwki, winogrona. Z winogron od dziadka robimy też pyszne wino, ale to osobny temat na osobny post:-) W każdym razie jestem całkowicie przekonana, że nasza dieta ma przeogromny wpływ na naszą odporność przeczytaj tu Pewnie, zawsze są wyjątki, można się spierać bez końca, ja jednak chcę, aby moja rodzina jadła zdrowo (choć mamy różne drobne słabości jedzeniowe). Dużo staramy się sami robić, zaczynając właśnie od chleba. W samodzielnie przygotowanym jedzeniu, bez półproduktów, nie ma nic (albo raczej prawie nic), co byłoby niepotrzebnym dodatkiem - konserwantem, barwnikiem, polepszaczem smaku i zapachu czy jeszcze czymś, o czym nie mam pojęcia.

czwartek, 17 października 2013

Pierwszy chleb

Chleb to u nas podstawa. Chociaż czasami nie mam czasu na nic, to czas na pieczenie chleba zawsze musi się znaleźć. I nawet kiedy nie zrobię obiadu (tak, zdarza mi się od czasu do czasu), to chleb jest każdego dnia, a coś do chleba zawsze się znajdzie. Zaczęłam od chlebów drożdżowych, które początkowo wydawały nam się wręcz niebiańskie w porównaniu ze sklepowymi, ale odkąd spróbowałam piec na zakwasie, drożdży używam tylko do bułeczek i słodkich wypieków, choć i w przypadku ciast można posłużyć się zakwasem.

Taki świeży chleb pachnie w całym domu i od razu wydaje się cieplej i przytulniej. Naprawdę. Zaczęłam od zrobienia zakwasu. W bardzo prosty sposób. Wzięłam duży słoik, wsypałam do niego garść mąki żytniej razowej, wymieszałam z letnio-ciepłą wodą tak, żeby powstała papka i zostawiłam w spokoju na 24 godziny, najlepiej w ciepłym miejscu. Musi być dostęp powietrza, więc przykryłam nie zakrętką a gazą (u mnie tę rolę pełni pocięta pielucha tetrowa). Po 12 godzinach dobrze jest przemieszać, ale niekoniecznie. Gdy minęła doba, dosypałam garść mąki i dolałam wody, tak aby konsystencja była dalej papkowata. I tak przez 5-6 dni. Potem z większości powstałego zakwasu mogłam już upiec chleb, a trochę w słoiczku zostawiłam na kolejny wypiek i dokarmiłam mąką i wodą, chyba że nie pieczemy tak często jak ja, to wtedy chowamy zakwas do lodówki. Ja piekę zwykle co drugi dzień, czasami codziennie, więc po prostu dokarmiam mój zakwas regularnie, czasami nawet co 12 godzin, aby był bardziej aktywny. Ale i tak jest mega aktywny - ma już ponad 4 lata! A zakwas im starszy, tym lepszy.

Gdy zakwas miał już 5-6 dni, wzięłam się za pieczenie pierwszego chleba. Potrzebowałam jeszcze mąkę, wodę i sól. Potem można eksperymentować do woli, dodając przeróżne składniki, ale podstawą są właśnie te wymienione przeze mnie. Nie ważę nic, dodaję "na oko" i tak mi jest łatwiej, bo ciężko jest utrafić w konsystencję, ważąc wszystko choćby najbardziej precyzyjnie. Przyznam, że często eksperymentuję i robię "po swojemu", niekoniecznie w zgodzie ze sztuką, ale tak lubię i jeśli mój sposób się sprawdza, to nie widzę przeszkód w stosowaniu go:-)

Najprostszy pierwszy chleb na zakwasie (proporcje na 2 bochenki):

większość wyhodowanego zakwasu żytniego
1,5 kg mąki (dowolnej - najprościej na początek pszennej chlebowej albo orkiszowej chlebowej),
woda
1 łyżka soli
Wszystkie składniki wymieszać w misce drewnianą łyżką albo zmiksować (końcówka z hakiem) - konsystencja w przypadku jasnej mąki (pszenna chlebowa, orkiszowa chlebowa, żytnia chlebowa) powinna wyjść taka, aby ciężko już było zamieszać łyżką, natomiast jeśli używamy mąki razowej, łyżka do mieszania spokojnie wystarczy. Ciasto razowe powinno być generalnie trochę rzadsze od nie-razowego. Zostawić ciasto do wyrastania na kilka godzin, aż podwoi albo prawie podwoi swoją objętość i przełożyć do foremek (mogą być zwykłe keksówki). Gdy nie mamy czasu, można od razu przełożyć do foremek, zostawić do wyrastania w foremkach i potem od razu piec. Ciasto w foremkach powinno mniej-więcej podwoić swoją objętość. Piec ok. 45-50 min. Najpierw w najwyższej temperaturze piekarnika przez kilka minut, potem obniżyć do ok. 220 st. C i po kilku minutach znowu obniżyć do 180-200 st. C i tak już piec do końca. Skórka powinna być zrumieniona, a gdy wyjmiemy chleb z foremki i postukamy od spodu, powinien wydawać głuchy odgłos, ale przyznam, że z identyfikacją tych "odgłosów" mam zwykle problem:-). Studzić najlepiej na kratce. Gdy jeszcze nie miałam kratki, kładłam chleb po prostu na dużym talerzu tak, że dotykał talerza tylko dwoma końcami, a cały bochenek mógł spokojnie stygnąć i oddychać. Zapewniam, że nawet ten najprostszy chleb na zakwasie jest po prostu PYSZNY!