czwartek, 7 listopada 2013

Czytajmy etykiety na produktach!

Jesteśmy tym, co jemy. Zdanie banalne, ale bardzo prawdziwe. Jedzenie ma wpływ na naszą odporność, nasze zdrowie, wygląd. A wpływ jedzenia na choroby cywilizacyjne? Temat rzeka, ale większość z nas tak naprawdę nie zwraca uwagi na to, co je, byle smakowało albo byle było niedrogie. 

Zdecydowanie wybieram zdrową żywność, niekoniecznie ekologiczną, ale zawsze naturalną, nieprzetworzoną. I wcale niekoniecznie droższą. Często to, co sami zrobimy, jest o wiele tańsze niż to ze sklepu. Ale oczywiście często też produkty ekologiczne czy naturalne są droższe. Mając gromadkę dzieci, oszczędzam na każdym kroku, mimo to nie kupuję taniej supermarketowej żywności, która z prawdziwym jedzeniem ma niewiele wspólnego. I paradoksalnie w rezultacie przekłada się to na oszczędność, ponieważ nie wydaję potem na leki - moje dziewczyny rzadko chorują.

Nie trzeba od razu wprowadzać wielkiej rewolucji, po prostu zacznijmy czytać etykiety na produktach. Skład niektórych od razu zniechęca i odbiera apetyt. Trzymajmy się kilku prostych zasad:

Im mniej składników w danym produkcie, tym lepiej.
Jeśli jest ich dużo i na dodatek są niezrozumiałe, nie kupujmy.
Często na opakowaniu pojawia się duży napis "bez konserwantów". Nie oznacza to, że nie ma tam innych niepożądanych dodatków. Tak czy inaczej przeczytajmy skład.
Nie ufajmy reklamom.
Nie kupujmy gotowych dań i półproduktów.

Naprawdę nie jest to przesada. Wystarczy przyjrzeć się temu, co jest proponowane dzieciom. Na początek "zdrowy" nabiał.

Na przykład popularny deser mleczny, reklamowany wszędzie. Faktycznie deklarowane mleko w składzie ma, ma też śmietankę, orzechy laskowe, czekoladę w proszku i odtłuszczone kakao. Ale co poza tym? Proszę bardzo: cukier, skrobia modyfikowana kukurydziana, zagęstniki: karagen, mączka chleba świętojańskiego, cytrynian wapnia, aromat.

Kolejny przykład: wszechobecny serek waniliowy - oprócz twarogu odtłuszczonego i śmietanki zawiera wsad smakowy (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, aromaty), cukier, skrobię modyfikowaną, żelatynę wieprzową.

A najpopularniejszy serek dla dzieci? Twarożku ma 52,7%, poza tym śmietanka, truskawki, syrop glukozowo-fruktozowy, wapń - cytrynian wapnia, koncentrat soku z buraka, aromat, cukier, białko mleka, witamina D3.

A jeśli przyjrzymy się słodyczom, to aż trudno uwierzyć, czym faszerowane są dzieci. Przeróżne żelki, pianki, cukierki, lizaki, dropsy... Lista składników tych łakoci jest długa i przerażająca, aż smutne, że dzieci to jedzą. To my dorośli powinniśmy być mądrzejsi. Nie dawajmy dzieciom słodyczy na zasadzie "od czasu do czasu" czy "to nie jest takie złe". Bądźmy konsekwentni. Pisałam o tym już tu. Owszem, zjedzenie jednego cukierka raz do roku nie wyrządzi nieodwracalnych szkód, ale niechże to nie będzie cotygodniowy wyjątek...

Przykładowo przyjrzyjmy się popularnym cukierkom do żucia. Składniki to: tłuszcz roślinny, substancja utrzymująca wilgotność: syrop sorbitolowy, skrobia modyfikowana, aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, ekstrakty owocowe i roślinne (z aronii, kurkumy, czarnego bzu, papryki winogron), emulgator: E435, przeciwutleniacz: alfatokoferol. Czary-mary i z tych substancji powstaje kolorowy, podobno smaczny cukierek.

Kiedyś, ileś lat temu, bardzo lubiłam budyń gotowy w proszku, zalewany tylko wrzątkiem. Z ciekawości zerknęłam na składniki budyniu waniliowego: cukier, skrobia modyfikowana E1422, mleko w proszku odtłuszczone, preparat tłuszczowo-białkowy / syrop glukozowy, tłuszcz palmowy utwardzony, emulgatory: E471, E472a, białka mleka, stabilizator E340, zagęstnik karagen, aromaty, barwnik E104 i E110. Aż trudno mi uwierzyć, że wtedy nie przeczytałam, co zjadam...

Pozostałe słodycze są podobne, różnią się dodawanymi substancjami, proporcjami, ale w rezultacie na to samo wychodzi.

Ostatnio, przy zakupie kurczaka (zagrodowego zresztą), otrzymałam próbkę przyprawy w saszetce, na której dużymi literami w ramce napisane było "bez glutaminianu sodu". No i super, ucieszyłam się oczywiście, ale jako że w nawyk weszło mi czytanie składu produktów, zaczęłam szukać jakiejś informacji na ten temat. W końcu znalazłam i przy dodatkowym świetle udało mi się przeczytać zapisane drobnym maczkiem składniki: sól, warzywa suszone, maltodekstryna, hydrolizat białka pszennego, ekstrakt drożdżowy, przyprawy naturalne. Niewielka więc pociecha, że bez glutaminianu sodu... Często glutaminian sodu ukrywa się pod swoją inną nazwą - E621, żeby składnik "glutaminian sodu" nie kłuł nas w oczy. Jeśli chodzi o przyprawy, to najlepiej kupować takie, w których nie ma żadnych dodatków smakowych, jedynie suszone warzywa bądź zioła. A najlepiej wyhodować sobie samemu i warzywa, i zioła, ale ponieważ nie da się uprawiać wszystkiego, więc zwracajmy chociaż uwagę na to, co kupujemy.

O wędlinach napisano już dużo. Wystarczy przeczytać etykietę... Parówek komentować nie zamierzam, ale lista dodawanych substancji jest przerażająca. Niektórzy twierdzą, że i tak wszystko ma chemię, że bez przesady, że coś trzeba jeść i tym podobne argumenty. Nasz wybór. Mięsożercom proponuję zakup kawałka mięsa, zamarynowanie go i upieczenie. Wtedy wiemy, co dodajemy i takie mięsko jest o wiele smaczniejsze od pokolorowanej na różowo szynki.

Gdy zaczniemy czytać etykiety na produktach, zaczniemy również zastanawiać się nad zdrowszą alternatywą i sami zaczniemy wytwarzać wiele rzeczy. A samodzielna produkcja to jak odkrywanie Ameryki:-) Ileż frajdy może sprawić taki własny jogurt, chleb, świeże zioła, kiełki, własnoręcznie wyczarowane potrawy...

Polecam wczytanie się w listę dodatków do żywności, na przykład w Wikipedii lub temat szerzej skomentowany tu. Przeczytałam, unikam, jak tylko mogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz