wtorek, 29 października 2013

Ogródek jesienią

W ogrodnika bawię się już 6. rok, ale przyznam, że fachowcem nie jestem, raczej wciąż tkwię w pierwszej klasie podstawówki. Niemniej jednak wciąż się uczę czegoś nowego i popełniam też nowe błędy, ciągle coś zmieniam, upiększam, ulepszam i niezależnie od efektu sprawia mi to mnóstwo radości. 

Na naszych niecałych 200 m2 postanowiliśmy uprawiać kwiaty, owoce, warzywa i zioła. Pierwszego roku mojej ogrodniczej kariery posadziliśmy trzy drzewa owocowe (morela, czereśnia i śliwka węgierka), kupiłam kilkadziesiąt torebek nasion i sadzonek kwiatów (jednoroczne gatunki), warzyw (kabaczki, ogórki, pomidory, rzodkiewki) i owoców (sadzonki borówek, poziomek i malin). Co prawda mój tata z powątpiewaniem kręcił głową, że tą ilością nasion można by obsiać co najmniej 2 hektary a nie 200 m2, ale ja miałam swoją koncepcję i wymyśliłam sobie artystyczne, skomplikowane wzory rabatek i do tego malownicze, kręte ścieżki. Zapowiadało się imponująco. Wszystko pięknie wykiełkowało, sadzonki przyjęły się. Pojechaliśmy na 2 tygodnie nad morze i po powrocie zastaliśmy... nawet nie wiem, jak to nazwać, były to po prostu gęste chaszcze! Wszystkie kwiaty rosły na wyścigi jedne z drugimi i wszystkie były przeplecione łodygami ogórka i liśćmi płożącego się wszędzie kabaczka. Gdzieniegdzie przebijały się pnące pomidory. Drobne gatunki nie miały szans w tej gęstwinie. Wszystko wylewało się aż za ogrodzenie. O żadnych ścieżkach oczywiście nie było mowy. Niewątpliwie było kolorowo i malowniczo, ale stwierdziłam, że jednak nie tędy droga. 

W kolejnych latach ograniczałam nieco moje uprawy, aż zostały róże, lilie, azalie, rododendrony, hortensje i wszędzie rozsiewające się nagietki, z owoców borówki, poziomki, morele, agrest, a z warzyw ogórki, szczypiorek i wszędobylski koper. Zioła uprawiam w skrzynkach, ponieważ kiedy wysiewałam je bezpośrednio do gruntu, zapominałam, co gdzie powinno wyrosnąć, i potem musiałam po zapachu identyfikować nazwy ziół:-). Wszystko ma już swoje miejsce, choć i tak zdarza mi się zmieniać koncepcję. W tym roku wysypałam wszystko w końcu korą, gdyż strasznie zarastało nas zielsko. W ubiegłym roku nie mieliśmy czasu na wojnę z chwastami i tak zaniedbaliśmy ogródek, że nie było widać, co w nim uprawiamy i czy w nim cokolwiek uprawiamy. Kora naprawdę pomogła, poprawiła też wygląd ogródka. I mieliśmy trochę mniej podlewania, jako że kora zatrzymuje w glebie wilgoć.

W tym roku miałam tylko jedną dużą wpadkę, a mianowicie wysiałam "dynię na kiełki". Miałam w domu stare już nasionka, które ani rusz nie chciały wyrosnąć w roli kiełków, więc postanowiłam dać im szansę na świeżym powietrzu. Nasionka wyglądały dość niewinnie, ale dynia oszalała i monstrualne łodygi i liście prawie wchodziły nam do domu... Były naprawdę kolosalne i rosły wyjątkowo szybko. Ale wyrosły nam też piękne i bardzo smaczne dynie:

Nawet nie wiem, jaki to gatunek, nazywam ją "dynią na kiełki", a smakuje wcale nie dyniowo, raczej podobnie do kabaczka, miąższ też nie jest pomarańczowy, tylko żółto-zielony, bardzo jasny.

Tegoroczna jesień jest piękna w ogródku. Poniżej kilka fotek, pokazujących, jak o tej porze przyroda ma się dobrze i sprawia nam dużo miłych niespodzianek.

Do tej pory kwitną nagietki:
róże:

zakwitły ponownie poziomki!!!:
można znaleźć też całkiem ładny szczypiorek:

i resztki majeranku:
i trochę natki pietruszki (natkę wysiałam teraz w domu w skrzynce, zamierzam zrobić to samo z bazylią, majerankiem, tymiankiem, roszponką):


Wychodzę na dwór, oddycham głęboko i uśmiecham się. Jest tak cicho i pięknie. Pachnie jesienią. Słońce  i ciepło sprawiają, że ten październik jest wyjątkowy. Aż chciałoby się zrobić coś wyjątkowego... Dobrze jest nagromadzić pozytywną energię przed listopadowymi szarugami...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz