piątek, 25 października 2013

Historia mojego chleba

Jako zupełny laik, zaczęłam od chlebów drożdżowych w maszynie do pieczenia chleba. Wychodziły bardzo dobre, choć nie zawsze eleganckie, często lekko zapadnięte, ale nie zakalce. Ale te dziury od mieszadeł! Niby nie wpływają na smak, lecz na wygląd owszem. A jeszcze gdy kilka osób w domu robi rano kanapki do pracy i szkoły, to w rezultacie niewiele jest kromek nadających się na kanapki. Można co prawda wyjąć przed pieczeniem mieszadła, ale jakoś ta czynność zupełnie do mnie nie przemówiła.

Poza tym zaczął kusić mnie zakwas. A pieczywo na zakwasie nie lubi się z maszyną do chleba, gdyż za długo wyrasta. Co prawda próbowałam eksperymentować, zostawiając chleb do wyrastania w maszynie, już po zakończeniu programu, na kilka godzin, i wszystko wydawało się ok, ale wiem, że ciasto może wchodzić w reakcję z metalem, więc ponieważ i tak nie zweryfikuję tego, to przyjęłam założenie, że nie mogę na długo zostawiać chleba w pojemniku maszyny i wtedy pomyślałam, że jednak do pieczenia będzie mi służył piekarnik.

I wcale nie okazało się to trudniejsze. Pakowałam chleb w zwykłe keksówki i wychodził taki jak trzeba, czyli nie było tych nieszczęsnych dziur, a zakwas był potraktowany z należytą cierpliwością. Ale to wszystko nic: nie spodziewałam aż takiej różnicy w smaku! Chleb z piekarnika jest naprawdę rewelacyjny. Chrupiąca skórka i zupełnie inny aromat. I nie zapada się, wyrasta równo albo nawet z górką zależnie od rodzaju.

Na tym etapie pozostałam bardzo długo, ale jako ciekawski piekarz (raczej piekarka) chciałam próbować dalej. Marzył mi się piec chlebowy... Naczytałam się, jak to dawne gospodynie wypiekały chleb na zakwasie. Przy okazji wakacyjnych wyjazdów na Lubelszczyznę zwiedziłam kilka małych skansenów, gdzie zachowały się właśnie takie piece. Z cegły, opalane drewnem, nagrzewane do bardzo wysokiej temperatury, długo trzymające ciepło, z charakterystycznym łukowatym sklepieniem. Jednak obecnie jest to duża inwestycja finansowa, wymagająca też sporej przestrzeni i instalacji. Dość długo roztrząsałam tę kwestię, kombinowałam, że może jednak jakoś się uda, ale nic nie wymyśliłam. Ani kasy, ani miejsca.

Aż któregoś dnia usłyszałam bardzo obiecującą opinię, że pieczenie chleba w glinianym garnku (garnku rzymskim) jest podobne do pieczenia w piecu chlebowym. Musiałam koniecznie spróbować. Zainwestowałam więc w dwa garnki rzymskie średniej wielkości (5 l) i mimo początkowych porażek - mam wspaniałe chleby! Wierzę, że porównywalne z tymi z pieca chlebowego.




Dla zainteresowanych pieczeniem chleba w glinianych naczyniach szczegółowa instrukcja:

Bardzo ważne jest namoczenie naczynia przed włożeniem ciasta chlebowego. Po prostu nalewamy wody i zostawiamy na jakieś pół godziny, do przykrywki też. Wtedy forma nabiera wilgoci, którą potem oddaje w trakcie pieczenia

Lepsze są naczynia szkliwione, gdyż łatwiej wyciąga się z nich chleb. Ale i tak wyciąganie chleba to ćwiczenie cierpliwości. Co prawda z każdym chlebem ma być łatwiej, glina musi swoje przejść, zanim stanie się idealna. Moje naczynia są dość nowe, upiekłam w nich na razie ok. 10 chlebów i jeszcze do tej pory nie jest idealnie. Wierzę, że z czasem chleby będą wyskakiwać jak z moich zwykłych keksówek... Na razie zdarzyły mi się nawet takie chleby, które wychodziły z formy w kawałkach. Już myślałam, żeby się poddać, ale zauważyłam stopniową poprawę i teraz jest już całkiem nieźle. Trzeba porządnie wysmarować formę tłuszczem (ja smaruję zawsze olejem rzepakowym lub słonecznikowym) i równie porządnie wysypać otrębami. Nawet jeśli otrębów wsypiemy za dużo, to potem ładnie się otrzepują z bochenka i są super dodatkiem do następnego ciasta chlebowego.

Garnek rzymski wstawiamy do zimnego piekarnika. Na początku nagrzewamy do maksimum,  po czym zdejmujemy przykrywkę i pieczemy dalej, obniżając po chwili temperaturę do ok. 220 st. C. Od  chwili maksymalnego nagrzania piekarnika, piec jeszcze ok. 45-50 minut, w zależności od rodzaju chleba i piekarnika. W sumie proste, żeby jeszcze tylko te chleby chciały opuszczać formę w całości... Ale warto dla smaku i aromatu.

Piszę o garnkach glinianych na początku przyjaźni z nimi, więc moje doświadczenia nie są zbyt zaawansowane, ale mam nadzieję, że z czasem dojdę do wprawy i będę mogła się dzielić kolejnymi szczegółami. I będą wypieki jak z pieca chlebowego.

Chleb po nałożeniu do foremek:



Chleb po upieczeniu:
I chleb po pokrojeniu:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz